czwartek, 22 stycznia 2009

O kulturowym gwałcie i żałobie po kimś kogo nie znam


Ostatnio zostałam postawiona w dość dziwnej sytuacji, która zmusiła mnie do chwili zastanowienia. Jak zwykle różnice kulturowe pojawiły się z najmniej oczekiwanej strony. Nie to, że dadzą one o sobie zapomnieć, ale jednak nie oszukujmy się, to już piąty miesiąc jak jestem w Bośni i do pewnych rzeczy zdążyłam już przywyknąć. Na szczęście (chyba) pozorna rutyna została przerwana, a moje doświadczenia wzbogacone.

Otóż, kilka tygodni temu, jednej z koleżanek z pracy umarł ojciec. Z ową koleżanką nie mam bezpośredniego kontaktu, bo pracujemy przy różnych projektach, a towarzysko też nasze drogi się jeszcze ani razu nie skrzyżowały. Gdy usłyszałam tę smutną wieść, odruchową myślą było to, że pewnie pójdziemy na pogrzeb i tyle. Oczywiście w tej samej sekundzie sobie przypomniałam, że przecież w Islamie kobiety na dženazy (pogrzeby) nie chodzą. Nad tym faktem rozmyślałam już wielokrotnie. Nie jestem żadnym ekspertem w dziedzinie Islamu, ale wiem, że w czasach Koranu kobiety na pogrzeby nie chodziły, bo generalnie nie uczestniczyły też w innych wydarzeniach społecznych. Dzisiejszy zwyczaj to efekt tej „tradycji ” z resztą nie jedyny. Kobiety nie mają też obowiązku chodzenia do meczet i nie uczestniczą w piątkowych modlitwach połączonych z „kazaniem” wygłaszanym przez hodžę, która dla mężczyzn jest obowiązkowa. W praktyce wygląda to tak, że przekraczają jego próg najczęściej wtedy kiedy przychodzi czas modlitwy, a one akurat nie są w domu, albo innym miejscu, w którym mogłyby się pomodlić. W Sarajewie młode muzułmanki często odwiedzają też główny meczet na čaršiji (Gazi Husrev-begova džamija) z przyczyn towarzyskich; można je zobaczyć najczęsicej latem, na dziedzińcu meczetu, plotkujące i bardzo nieśmiało zerkające na stronę dla mężczyzn (cały obszar meczetu z przyległościami jest podzielony na części: męską i kobiecą), którą oczywiście okupują młodzi chłopcy.

Wracając do pogrzebów. Często mówi się też o tym, że zakaz uczestniczenia kobiet w pochówku wynika z tego faktu, że kobiety znane z emocjonalności wnosiłyby niepotrzebną histerię i lament. (Nie mnie to oceniać, ale jednak to jest niezaprzeczalny dowód na to jak Islam jest patriarchalny). Pozostaje pytanie co robią w tym czasie kobiety? Oczywiście siedzą w domu. Ale jak się okazało, nie siedzą bezczynnie. W tym czasie bowiem przyjmują gości. I nie chodzi tu o tradycyjną stypę, jaką w chrześcijańskiej kulturze, wyprawia się po pogrzebie. Około tydzień lub dłużej przez dom przewijają się tłumy ludzi, którzy przynoszą kawę i cukier (puder w kostkach) i zabawiają rozmową rodzinę pogrążoną w żałobie. Oczywiście pewnie nie wszędzie tak jest, ale w środowiskach tradycyjnych, zarówno miejskich jak i wiejskich, to standard. Co ciekawe, goście odwiedzający to nie są tylko bliscy zmarłego lub rodziny. To są po prostu wszyscy, absolutnie wszyscy, nawet najdalsi znajomi, a nawet znajomi znajomych.

W takich to okolicznościach stanęłam przez wizją odwiedzenia wspomnianej już koleżanki. Nie wiem jak wy byście się poczuli, ale ja czułam się co najmniej dziwnie. Przede wszystkim byłam zażenowana faktem, że idę do domu osoby, którą ledwo znam (kto mnie zna, ten wie, że nie znoszę konwenansów i rozmów o niczym i że tragicznie nie potrafię ich prowadzić), i na dodatek której przed paroma dniami umarła bardzo bliska osoba…. To doprawdy było dla mnie żenujące i stresujące, a w dodatku wciąż wydawało mi się ogromnym nietaktem. Sama będąc w żałobie unikałam ludzi, w szczególności tych, z którymi nie byłam blisko, chciałam swoją rozpacz przeżyć w spokoju, a nie wśród pustych słów i pocieszeń… Z resztą to chyba nie tylko moje odczucia, normą już staje się formułka stosowana w nekrologach, przynajmniej w polskich: „Rodzina prosi o nieskładanie kondolencji”.

Ale cóż. Moje koleżanki z pracy, poczuły się w wielkim obowiązku, żeby mnie, która w końcu mam zamiar się tu wydać za mąż, zapoznać z miejscowymi obyczajami. „Powoli musisz zacząć uczyć się jakie my mamy zwyczaje! W Polsce może jest inaczej, ale ty teraz mieszkasz w Bośni!”. Przyznacie, że argumenty były mocne… Nie działały na nie moje tłumaczenia o intymności śmierci i tragedii z nią związanej, która dominuje w kulturze, z której pochodzę. Po długich dyskusjach wyszło na to, że zachodni świat zostawia na pastwę losu (czyli w samotności) ludzi w żałobie i że to wyraz braku współczucia i solidarności. I tak to, co dla mnie było poszanowaniem intymności zostało przedstawione jako bezduszność.

Opierałam się dzielnie, ale w końcu dla świętego spokoju i przyznam to, także z ciekawości, uległam. Australijka o chorwackich korzeniach, która z nami pracuje, też oczywiście została włączona w plan wizyt. Na całe szczęście dla mnie, jej odczucia były identyczne z moimi. To mnie podtrzymało na duchu, bo zaczęłam tracić powoli grunt pod nogami i wydawało mi się, że może rzeczywiście coś ze mną nie tak i w ogóle jestem aspołeczna i bez serca. W końcu postanowiłyśmy, że pójdziemy. Zostałyśmy podłączone do jednej z grupek. W dniu wizyty, gdy byłyśmy już przygotowane do wyjścia z pracy okazało się, że koleżance, z którą miałyśmy iść coś wypadło i nie może pójść z wizytą. Dla nas to było jednoznaczne. We dwie, same, w dodatku bez przekonania i z zerowym doświadczeniem w tej sprawie, nie idziemy. No i się zaczęło….

Dwie z moich koleżanek, typowe młode i zaktywizowane (eufemizm) koleżanki – muzułmanki wzięły sobie do serca nasze niecne postępowanie i przetrzymały nas na zaimprowizowanym szkoleniu, na którym chciały nas nawet uczyć arabskich i tureckich formułek kondolencyjnych. Cóż… tego było chyba za wiele. Może jestem tutaj w zdecydowanej mniejszości, ale jeszcze potrafię powiedzieć: nie. I na tym się skończyło. Nie poszłyśmy same, idąc na kompromis, że pójdziemy następnego dnia z kimś „doświadczonym”. Jednak przed tym kulturowym gwałtem (do tego to niestety się sprowadziło) uchronił nas nie kto inny jak sam Putin – zakręcając kurek z gazem, uwięził nas w domach, z daleka od biura i od życzliwych koleżanek dbających o naszą „edukację” kulturową.

Ale nie o wydźwięk osobisty tu chodzi. Cała ta sytuacja sprowokowała listę pytań. O prywatny i publiczny aspekt śmierci, o tabu którym jest otoczona rozpacz po śmierci bliskiej osoby. O to czy jest proces żałoby, jak powinien przebiegać. No bo czy „zachodnie” poszanowanie prywatności nie sprowadza się do uciekania od tematu i rzeczywiście osamotnienia pogrążonych w żałobie? Z drugiej strony, jak czuje się matka, która nie może iść na pogrzeb swojego dziecka, żona na pogrzeb męża itd. Czy 12 godzinne gotowanie kawy dla przetaczających się przez dom ludzi jest formą terapii czy cichą akceptacją brzemienia obyczaju. Zderzają się w tym wypadku nie tylko dwie perspektywy religijne, ale też współczesna i tradycyjna, wiejska i miejska. Temat dobry do rozmyślań i obserwacji. Bez dna.



środa, 17 grudnia 2008

Markale - żywy pomnik czy profanacja?


Pamięć o dramatycznych wydarzeniach, które miały miejsce w niedalekiej przeszłości jest jeszcze bardzo świeża, w głowach nadal tkwią obrazy, dźwięki, zapachy. Z czasem z czasem jednak się zapomina lub przekształca coraz bardziej. Pamięć o ostatniej wojnie jest w Sarajewie wszechobecna. Nie trzeba czytać tablic upamiętniających śmierć mieszkańców na prawie każdej ulicy. Nośnikami pamięci o tamtych wydarzeniach są zburzone budynki, ślady po kulach, wyrwy w chodnikach.

Są jednak takie przestrzenie, które domagają się specjalnej oprawy, miejsca symboliczne, o których wie absolutnie każdy mieszkaniec miasta, nawet ten, który mieszka tu stosunkowo krótko. Jednym z takich miejsc są Markale. Miejski targ, istniejący „od zawsze” – co dla mieszkańców oznacza: przed wojną, w czasie wojny i po wojnie. Tak zazwyczaj sarajewianie dzielą swoje życie. To, co się nie zmieniło, jest nadzwyczaj cenne, bo jest takich rzeczy naprawdę niewiele. Oczywiście nie można o Markalach powiedzieć, że istnieją sobie „jak gdyby nigdy nic się nie stało” – jest wręcz odwrotnie – Markale istnieją na przekór logice. Zupełnie tak jak całe miasto, skazane niegdyś na śmierć jednak przetrwało. Może dlatego istnienie tego targu jest dla sarajewian tak bardzo ważne. I choć w tym miejscu zginęło w sposób tak tragiczny kilkadziesiąt osób, to nadal, sprzedaje się tu warzywa i kwiaty, nadal ludzie spotykają się tu codziennie, pozdrawiają, rozmawiają ze sobą – normalnie żyją.

Do tragedii doszło w ostatnich latach wojny. Pierwsza masakra miała miejsce 5 lutego 1994 roku. Na teren bazaru podjechała furgonetka z chlebem (przynajmniej tak się mówi najczęściej, jest wiele wersji tego zdarzenia), na placu zrobiło się gęsto od ludzi. W tym momencie spadły pociski. Zginęło 68 osób, a 144 zostały ranne, większość bardzo ciężko. Wiele kontrowersji budzi fakt, kto wystrzelił granaty w stronę bazaru. Początkowo ustalono, że pociski spadły ze strony, na której stacjonowały jednostki Armii Bośni i Hercegowiny, wkrótce jednak raport zachodnich specjalistów z UNPROFOR-u został zmieniony – strzelać mieli Serbowie. Wokół tej wersji do dziś toczą się polemiki. Są tacy, którzy uważają, że Boszniacy specjalnie zaplanowali atak, aby w oczach Zachodu pogrążyć Serbów oblegających miasto. Taka wersja jest przez większość mieszkańców zdecydowanie odrzucana, poza tym fakty militarne (i nie tylko) raczej przeczą takiemu wyrachowanemu scenariuszowi. Wkrótce doszło także do drugiego zamachu na Markalach – 28 sierpnia 1995 roku zginęło 37 Sarajewian, a 90 zostało rannych. W całym mieście ludzie czekający w kolejkach po wodę lub chleb ginęli od strzałów snajperów i granatów, ale ataki na Markale były czymś więcej. Pociski trafiły w samo serce miasta.

Nawet podczas wojny bazar był newralgicznym punktem Sarajewa. Petar Finci w artykule Do posljednje marke opisuje, że początkowo wojna rzeczywiście wystraszyła przekupki handlujące na Markalach od lat. Jednak targ tylko na chwilę opustoszał. Gdy oblężenie stało się codziennością, a świst pocisków nie był już dobrą wymówką do zostania w piwnicach, gdy głód stał się silniejszy od strachu, na lady powróciły rozmaite towary. To czasy prosperity przemytników i, jak się mówiło, „ponadnarodowej” mafii, która otoczyła Sarajewo, aby wyciągnąć z jego mieszkańców resztki obcych walut. Markale znowu żyły, plotkowały, były miejscem przepływu informacji. Może nikt w tym czasie, tak jak przed wojną, nie romansował z kwiaciarkami, ale ludzie nadal spotykali się w tym miejscu nie tylko, aby zaspokoić fizyczne potrzeby – przychodzili, bo Markale były dowodem na to, że normalne życie nadal istnieje.

Po wojnie, gdy miasto powoli dźwigało się z gruzów, bazar wśród ruin nadal istniał. Wkrótce pojawiła się pamiątkowa tablica oraz mniejsze tabliczki z nazwiskami ofiar. Początkowo lady, które znajdowały się najbliżej śladów po granacie, były puste. Wkrótce jednak bieda zwyciężyła i nawet te miejsca zostały zajęte.

Pozostaje jednak pytanie, czy tętniący życiem bazar nie jest profanacją miejsca, gdzie zginęło ponad sto osób? Zagadnienie nie jest czysto teoretyczne. Sprawa wywołuje wiele kontrowersji. Tygodnik „Dani” przytacza historię kobiet z takich organizacji jak Stowarzyszenie Kobiet Srebrenicy i Towarzystwa Zagrożonych Narodów BiH, które w rocznicę drugiego zamachu próbowały złożyć kwiaty pod pamiątkową tablicą i pomodlić się za spokój duszy ofiar.Jednak nie było to możliwe, ponieważ na bazarze panował zwykły dla tego miejsca ścisk, handlarki wykrzykiwały ceny papryki i zachwalały słodycz owoców. Delegacja z kwiatami miała nie tylko problemy z przejściem, ale przede wszystkim ze skupieniem się na modlitwie. Jedna z kobiet mówi, że takie przeżycie było nie tylko straszne i groteskowe, ale wręcz utwierdziło ją w przekonaniu, że wkrótce taki stosunek do tego miejsca doprowadzi do zupełnego zapomnienia o ofiarach dramatu.

Zainspirowane tymi wydarzeniami czasopismo postanowiło przeprowadzić ankietę. Mieszkańcom miasta zadano pytanie czy należy zlikwidować targ i na jego miejscu stworzyć przestrzeń upamiętniającą ofiary masakry. Większość respondentów odpowiedziała, pozytywnie na tak postawione pytanie, ale prawie zawsze dodawała komentarz, że owszem upamiętnić ofiary należy, ale Markale jako bazar nie mogą przestać istnieć. U jednych przeważały względy praktyczne, inni twierdzili, że likwidacja targu byłaby symbolem zwycięstwa zła i śmierci nad życiem. Zbrodniarze, którzy dokonali tego czynu dopięliby w ten sposób swego. Ofiary zginęły po to, aby inni mogli żyć. A zatem pozostawienie bazaru nie jest profanacją miejsca śmierci, ale wyrazem siły i chęci życia mieszkańców miasta.

Większość pytanych intelektualistów uważa, że targ należy pozostawić z jeszcze innych powodów oprócz tych, które zostały już podane. Od zawsze życie splata się ze śmiercią – i zawsze życie zwycięża śmierć. Kultura Islamu, dominującej w Sarajewie, nie jest kulturą śmierci. Na pochówki przychodzą sami mężczyźni, aby nie dać dojść do głosu lamentom i emocjom (które stereotypowo są domeną kobiet), a groby bliskich (na których nie stawia się raczej żadnych kwiatów, ozdób, zniczy) odwiedza się tylko podczas Bajramu.

Pojawiają się również głosy, że targ powinno przekształcić się w przestrzeń pamięci, w której mieszkańcy miasta mogliby upamiętniać ofiary, modlić się, wspominać i kontemplować, ale też godnie spędzać wolny czas, w spokoju i pokoju. Przestrzeń mogłaby stać się żywym pomnikiem upamiętniającym wszystkie ofiary oblężenia miasta.
Projektów jest wiele, lecz póki co nie ma na ich realizację dostatecznych pieniędzy. Poza tym tak jak w przypadku innych spornych miejsc, poszczególne organy władz boją się podejmować decyzje. Do tej pory ustalono jedynie, że w rocznice masakr targ jest nieczynny i odbywają się oficjalne uroczystości upamiętniające.

I ja mam swoje codzienne doświadczenia z Markalami. W zeszłym roku, gdy mieszkaliśmy w centrum, ten targ był nam najbliższy. Lubiłam tam chodzić, miałam swoich sprzedawców u których kupowałam poszczególne warzywa i owoce. Za każdym razem patrzyłam na ścianę z nazwiskami ofiar. Zawsze. Może gdyby ten teren przekształcić w miejsce pamięci typu park z ławeczkami, nie zatrzymałabym się tam ani razu.




Korzystałam z artykułów:

Petar Finci, Do posljednje marke, „Dani” Sarajevo 05.04.2002, nr 251, http://www.bhdani.com/arhiva/251/t25109.shtml

S. Muslić-Busatlija, Sjećanja ispod tezge, „Dani” Sarajevo 29.09.2000, nr174, http://www.bhdani.com/arhiva/174/tanketa.htm






czwartek, 4 grudnia 2008

Tu i teraz



Przyznaję, że ostatnio przeżywam lekkie rozczarowanie… Nie tylko samym miastem, ale przede wszystkim ludźmi. I chodzi mi tu o ogół, całokształt a nie o pojedyncze przypadki. Trochę zaczynam się dusić w tym bośniackim sosie. Podskórnie wyczuwam, że większość tutejszych akceptuje mnie tylko pozornie, że ich sympatia jest płytka, a pod warstwą grzecznościowych zwrotów, powierzchownych rozmów, sztucznych uśmiechów czają się uprzedzenia, stereotypy, trochę zawiści i dużo nieufności. Może jest to zrozumiałe… Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, ale tym bardziej osądzać. Daję im czas. I sobie. I dlatego nie rozwinę tematu. Napiszę o czymś pozytywnym, o czymś co jest inne niż to co znam i co mi się w Bośni bardzo podoba. Mianowicie o bośniackim (bałkańskim?) stosunku do pieniędzy, a właściwie do przyjemności, bo przecież tutaj o nią chodzi.
Wiele razy, o czym już chyba na blogu wspominałam, zastanawia mnie odwieczny tłum w centrum miasta, tłum zalegający w kawiarniach, barach, restauracjach, buregdžinicach, ćevabdžinicach... Pierwsze pytanie – skąd oni mają tyle wolnego czasu, żeby tam siedzieć, po drugie skąd mają na to pieniądze? Na pierwsze odpowiedź w zasadzie jest prosta: albo nie pracują, albo pracują, ale mają do pracy na tyle luźny stosunek, że wychodzą sobie na przerwy i przedłużają je znacznie lub też część pracy załatwiają na mieście, pijąc kawę; jeśli studiują to właściwie z zasady mają dużo wolnego czasu i tłumaczyć tego nie trzeba, studiując w systemie wykład (skrócony do połowy zazwyczaj)-kawa- kawa-wykład-kawa nie jest ciężko być wciąż na mieście. Ale pieniądze? Przecież gospodarka leży rozłożona od czasów wojny na łopatki, bezrobocie jest ogromne, a zarobki naprawdę niewielkie. Odpowiedzi jednoznacznej nie ma. Bo nie o samą ilość pieniedzy chodzi, lecz o podejście do nich.
Przeciętny Bośniak, mieszkaniec większego miasta przede wszystkim nie oszczędza. Bo wychodzi z założenia, że oszczędzać to można wtedy, kiedy jest z czego. Nielogiczne? Nie całkiem. Po drugie, nawet jeśli nie ma się pieniędzy to żyć przecież trzeba. A co jest do życia niezbędne? Wiadomo: jedzenie (ćevapi, pity itd.), kawa, papierosy i towarzystwo czyli wszystko znów sprowadza się do kawiarni... Najważniejsze w tym podejściu jest przekonanie, że jak mam dziś to dlaczego mam tego nie wydać. A co będzie jutro? To się zobaczy jutro, dziś jest dziś... Co najważniejsze i kluczowe. Skoro mam ja mam dziś, a ty nie masz to ja płacę i po sprawie. Ty zapłacisz jutro. Nie będziesz miał jutro? Nie szkodzi, jutro będzie miał ktoś inny. I tak to się kręci. Ludzie są przyzwyczajeni, że mają mało pieniędzy, ale nie uważają, że to jest powód do tego, żeby siedzieć w domu i ograniczać swoje wydatki do podstawowych produktów żywieniowych. To co lubię w Bośniakach najbardziej, to brak zakorzenionej często w Polakach postawy typu „na knajpy mnie nie stać“, „na kino mnie nie stać“, „do restauracji nie chodzę, bo za drogo“, „piję najtańszy alkohol, bo zależy mi, żeby wypić jak najwięcej, a nie jak najlepiej“. Bośniacy ewentualnie mówią „dzisiaj mnie nie stać“ (co zazwyczaj wywołuje natychmiastową reakcję otoczenia: przecież my DZIŚ mamy pieniądze) lub wolę wypić/zjeść mniej, ale żeby to było dobre“. Nie wiem czy to wynika z kultury południowej czy z doświadczeń wojny, w której ludzie nauczyli się żyć chwilą i nie myśleć o jutrze. Nie bez znaczenia jest też tradycja islamu, w której system pożyczania, jałmużny i finansowego wsparcia wydaje się być bardziej rozwinięty niż w np. w chrześcijaństwie. Tutaj bogatsi ludzie dają pieniądze (często regularnie) np. studentom, którzy z zasady nie zarabiają. I to nie jest bliska rodzina, a studenci nie muszą mieć jakiś specjalnych materialnych kłopotów. Po prostu jest taka tradycja, nie ma też w ludziach chorej dumy, która im nie pozwala pieniędzy przyjmować. Jak ktoś chce mi dać to biorę i nie czuję się zobowiązany, dłużny, czy poniżony tym faktem. Zasada jest prosta: dostaję pieniądze od muzułmanina, bo jestem muzułmaninem. Nie ma tu żadnego haczyka.
Lubię Bośniaków za zdrowe podejście do czasu, którego przykładem jest właśnie stosunek do pieniędzy. Oni żyją tu i teraz, nie są tak bardzo obciążeni przyszłością, nie mają wielkich planów, czerpią z życia tyle ile mogą. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że ja zaczynam przesiąkać tym klimatem. Uwierzcie, że łatwiej się tak żyje. A jutro? Zobaczymy jutro...




czwartek, 27 listopada 2008

Zima, zima.



Przyszła zima. Prawdziwa, czysta, biała, cicha. Wyciągnęliśmy płaszcze i szaliki, które pachną nami sprzed roku. Kupiłam czerwoną wełnianą czapę, którą zostawię pewnie w jakiejś knajpie gdzieś pod koniec lutego, nie będzie mi już potrzebna, więc przestane na nią uważać.
Jemy mandarynki, pijemy grzane wino z cynamonem i pomarańczami, suszymy buty na kaloryferach, stajemy bezwiednie przy oknie i patrzymy w mgłę, na błyszczący śnieg, migające światełka na wzgórzach. Papierosy palimy rzadziej, krócej, łapczywie. W kawiarniach siadamy pod oknami i napawamy się ciepłem i szybkim krokiem przechodniów.
A wszystko to bez kiczowatej atmosfery świąt, choinek, świecidełek, mikołajków i kolęd w supermarketach.
Lubię.

Poniższe zdjęcia są autorstwa Marty, która świeżym okiem uchwyciła to czego ja przez obiektyw aparatu już nie widzę.


















Goście, goście.



Żyję. Mam się dobrze. Nie pisałam przez cały miesiąc, ale to nie znaczy, że blog obumarł ostatecznie. Brakuje mi czasu, ale nie pomysłów.
W listopadzie miałam gości. Dziewczyny w dwóch turach przywiozły mi trochę starego dobrego świata. Dobrze wreszcie pogadać z kimś kogo zna się długo, kto ma tę samą perspektywę, wreszcie z kimś kto mówi w rodzimym języku. Przez te dwa i pół miesiąca żyłam w takim oderwaniu od polskiej rzeczywistości, że miałam wrażenie, że powoli zapominam już kim jestem . Ale najciekawsze jest to, że nie byłam tego świadoma dopóki dziewczyny nie przyjechały. Goście przywrócili mnie do siebie. To ciekawe i cenne doświadczenie. Ale jeszcze cenniejsza były ich wrażenia dotyczące Sarajewa. Każda z dziewczyn była po raz pierwszy w Bośni, w Sarajewie. Żadna nie jest z Bałkanami związana zawodowo czy emocjonalnie. Tym bardziej ich opinie, spostrzeżenia były dla mnie ciekawe. No i cóż… Wyszło na to, że bez mitycznej otoczki czerpanej z książek, bez głębszej wiedzy o historii Bałkanów i samej Bośni przede wszystkim Sarajewo nie jest aż tak orientalne jak można było się spodziewać. Takie były odczucia wszystkich dziewczyn. Ja ich nie podzielam. Może wizualnie tak rzeczywiście nie jest (w końcu muzułmańska Ba
ščaršija to tylko mała część miasta), ale mentalnie Sarajewo jest bardziej „orientalne” niż można byłoby przypuszczać… Ale przyznaje rację, że wyczuć to można bardziej w rozmowach z ludźmi, niż w architekturze. Oprócz tego poczułam (może nie pierwszy raz, ale z pewnością najintensywniej) jak to miasto jest kulturalnie ciasne. Jak mało kulturalnych rzeczy się dzieje, a tym już istniejącym jak wiele im brakuje – organizacyjnie i merytorycznie. Trochę mi było wstyd (chyba zaczynam się identyfikować z tym miejscem!), że w operze przez cały tydzień nie dzieje się nic, a w mieście nie ma żadnego koncertu muzyki klasycznej. Oprócz tego fizycznie Sarajewo jest bardzo małe. Można obejść wszystko w jeden dzień, a to przecież stolica! Pachnie prowincją. A ja co? A ja nadal je uwielbiam, doceniam niuanse, ignoruję wady, chociaż oczywiście czym dalej tym bardziej pozbywam się idealizmu.

P.S. M., M., H., jeszcze raz bardzo dziękuję, że przyjechałyście! Dobrze, że jesteście. Różowa kanapa zawsze na Was czeka!