poniedziałek, 2 listopada 2009

Zmiany, zmiany, zmiany.


Przede wszystkim od razu zauważalne zmiany graficzne. Poprzedni szablon był już jakiś taki wyświechtany. No i często sam z siebie się rozstrajał, sam zmieniał czcionki, kolory tekstu i linków. Chociaż właściwie, tak z ręką na sercu, to nie są prawdziwe powody, które spowodowały ten krok. Postanowiłam swój blog, z kilku przyczyn, które za chwilę wymienię, przywrócić do żywych, i żeby uwolnić się od marnej przeszłości (mam tu na myśli przede wszystkim częstotliwość wpisów), zmieniłam jego wygląd. Bo jakakolwiek zmiana wyglądu – chociażby fryzury, ciuchów, wagi – daje to boskie poczucie zaczynania od zera, zmiana zewnętrzna jest pierwszym widocznym sygnałem rewolucji, krokiem ku świetlanej przyszłości, nadzieją na lepsze jutro... Złudne to, powierzchowne, trywialne i oczywiście bardzo łatwe, ale niech tam…, dajmy się ponieść tej magii i załóżmy, że mój blog w nowej szacie graficznej, będzie zupełnie nowym wspaniałym blogiem – z częstymi wpisami, mnóstwem zdjęć, uzupełnianym na bieżąco blipem i regularnymi odpowiedziami autorki na komentarze.

Jestem to winna samej sobie, ale przede wszystkim czytelnikom – moim przyjaciołom i rodzinie, którzy regularnie domagają się wieści s sarajewskiego frontu, ale także tym, który odwiedzili mój blog przypadkowo i pisali do mnie prosząc o radę lub informacje, składając przy tym ciekawe propozycje (no dobrze, miałam jedną, ale za to jaką!) i oczywiście zostawiali komentarze, na dodatek w większości pozytywne! Powodów dla których nie pisałam regularnie jest wiele i nie warto się nad nimi roztrząsać. Warto jednak wspomnieć te, dla których mam od dziś zamiar pisać regularnie: na pierwszym miejscu jest fakt, że od tygodnia nie pracuję i fizycznie mam więcej czasu co bardzo ułatwia sprawę; po drugie – od mojej przeprowadzki do Sarajewa minął już ponad rok i wydaje mi się, że zyskałam nareszcie konieczny do obserwacji dystans. Na początku wpadłam w wir urządzania sobie życia na nowo i choć tyle rzeczy godnych opisania działo się wokół mnie, to chyba nie byłam w stanie ich zamknąć w słowa. Koniec studiów, przeprowadzka do innego kraju, nowa praca, budowanie poważnego związku, czyli jednym słowem dorosłość okazała się trochę trudniejsza niż się spodziewałam. Oprócz tego wrodzona niechęć do emocjonalnego ekshibicjonizmu sprawiła, że nie miałam ochoty pisać o rzeczach, które pochłaniały mnie najbardziej. No i najważniejsze, wraz z przeprowadzką, z dotychczasowego obserwatora jakim byłam podczas studiów, stałam się częścią przedmiotu własnej obserwacji. Teraz oczywiście nadal nią jestem, ale mam nadzieję, że już potrafię wykorzystać te dwie perspektywy jednocześnie.

Mam nadzieję, że jestem gotowa na dotrzymanie wielokrotnie już łamanej obietnicy regularnego prowadzenia tego bloga. Jeśli tym razem się nie uda, to znaczy, że jestem przypadkiem straconym i potrafię pisać jedynie o tym, że nie piszę. A to będzie nieodzownym znakiem do likwidacji tego adresu. Ale póki co magia nowego wyglądu działa i wydaje mi się, że te eleganckie szaty graficzne skuszą mnie do napisania jakiegoś tekstu szybciej niż byście tego oczekiwali.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Z przeszłością twarzą w twarz


Część I

Bardzo długo nie pisałam i chyba nie ma sensu się tłumaczyć dlaczego. Pochłonęła mnie praca i myślę, że wreszcie nadszedł czas, żebym napisała więcej o tym czym się w Sarajewie zajmuję. Kiedyś pisałam już o swojej organizacji i o tym co robilam w niej na początku, gdy jeszcze nie znalazłam sobie miejsca. W grudniu dostałam szansę na napisanie własnego projektu. Okazało się, że udało mi się zdobyć grant Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). Tych sześć miesięcy realiyacji projektu to był czas szalenie inspirujący, pouczający, intensywny, obfitujący w doświadczenia i w przemyślenia. Ale wszystko po kolei.

Misja organizacji, w której pracuję - Istraživačko-dokumentacioni centar (IDC) - to przede wszystkim dokumentowanie i badanie statystycznych, historycznych i prawnych aspektów związanych z wojną w Bośni i Hercegowinie. W centrum uwagi znajdują się wszystkie ofiary wojny, bez względu na narodowość i religię. Na podstawie badań, które rozpoczęto jeszcze w czasie wojny została stworzona ogromna baza danych ofiar, która jest jedną z najlepszych tego typu baz na świecie. Można w niej znaleźć imię i nazwisko ofiary, zawód, stan cywilny, status w czasie wojny, wyznanie i narodowość oraz to w jakich okolicznościach straciła życie, kto jest odpowiedzialny za śmierć i gdzie jest pochowana. Oczywiście trzy ostatnie kategorie często są puste... Projekt już się zakończył, tutaj można obejrzeć rezultaty.

Baza liczy wiecej niż 97 tysięcy ofiar. Dla każdej ze stron jest to liczba kontrowersyjna, podlega ciągłej manipulaciji i jest przede wszystkim elementem gry politycznej. Każdy z narodów (a raczej nacionalistycznych partii) żongluje liczbami zabitych dla własnych celów. Jedni wyolbrzymiają swoją ofiarę, inny umniejszają swoją winę. W Bośni i Hercegowinie, tak jak we wszystkich krajach byłej Jugosławii, brakuje statystyk, obiektywnych badań. Baza została stworzona przez IDC właśnie po to, aby zapobiec tego typu manipulacjom.

Oprócz tego IDC zajmuje się m.in.: monitoringiem procesów sądowych dotyczących zbrodniarzy wojennych, zabytkami i miejscami pamięci, które mają związek z wojną, materialnymi i moralnymi odszkodowaniami dla ofiar wojny, historią mówioną (oral history) – zbieraniem świadectw tych którzy przeżyli (obecnie trwa realizacja projektu – Pozytywne opowieści. Są to świadectwa obywateli BiH, którzy w czasie wojny pomagali jedni drugim, bez względu na narodowość i wyznanie, często narażając przy tym swoje życie).

Nie są to projekty przypadkowe. Wszystkie te działania są częścią pewnego procesu, są właściwie jego mechanizmami. Mowa o pojęciu: konfrontacja z przeszłością, które w języku polskim nie weszło chyba jeszcze do powszechnego użycia jako specyficzny termin. W językach BHS to wyrażenie jest już zakorzenione, zarówno w tekstach naukowych jak również w języku codziennym: suočavanje s prošlošću. Odpowiadają mu angielskie terminy: dealing with the past/facing the past. Terminem pokrewnym, którego znaczenie jest węższe w odniesieniu na termin powyższy jest: tranziciona/tranzicijska prawda, ang. transitional justice. Z polskim odpowiednikiem miałam sporo problemów, ponieważ to zagadnienie nie jest dobrze opracowane ale w nielicznych tekstach prawniczych znalazłam określenie sprawiedliwość tranzycyjna. Choć nie brzmi zbyt zgrabnie, zdecydowałam się, że będę go używać. Zatem sprawiedliwość tranzycyjna, jak i cały proces konfrontaciji z przeszłością dotyczy społeczeństw, które za pomocą określonych mechanizmów państwowych i poza państwowych radzą sobie ze skutkami konfliktów zbrojnych lub represyjnych systemów politycznych powstałych po drugiej wojnie światowej. Są to przede wszystkim: kraje byłej Jugosławii, Ameryki Południowej (Kolumbia, Argentyna), Afryki (Sudan, Kongo) oraz Azji (Kambodża, Indonezja, Timor Wschodni).

Podsumowując, główne mechanizmy procesu konfrontacji z przeszłością to: dokumentowanie i zbieranie faktografii o wszystkich naruszeniach praw człowieka, które miały miejsce w czasie konfliktu zbrojnego lub represyjnego reżimu; zachowanie pamięci o wydarzeniach z przeszłości (pominiki i inne miejsca pamięci, które przypominają o wydarzeniach, edukują i kreują obraz przeszłości wśród nowych pokoleń. Na Bałkanch mamy do czynienia z wyjątkową manipulacją w tej kwestii, dlatego tak ważne jest, aby próbować ograniczyć to zjawisko lub przynajmniej mieć je pod kontolą); historia mówiona (oral history), czyli świadectwa zwykłych obywateli, którzy przeżyli wojnę (wspomniane już pozytywne opowieści, ale też próba zachowania wspomnień ofiar obozów, masowych gwałtów itd.); przywrócenie godności ofiarom – finansowa, symboliczna, moralna i prawna pomoc (odszkodowania, pomniki, publiczne przeprosiny); promocja konstruktywnego stosunku do przeszłości swojego i innych narodów (publiczny dialog o przeszlosci).

Jak dotąd państwem, które najlepiej uporało się z demonami przeszłości są Niemcy. Krajom byłej Jugosławii idzie to bardzo opornie. Oczywiście proces konfronatacji z przeszłoscią w Chorwacji, Serbii i Bośni i Hercegowiny przebiega trochę inaczej, bo przecież ich udział w wojnie był różny, każdy z tych krajów musi się zmierzyć ze skutkami krwawej przeszłości, ustanowić oficjalną wersję wydarzeń, co najważniejsze pogodzić się w prawdą. To jest pewnie największy problem. Prawda o tych samych wydarzeniach ma conajmniej trzy wersje. To właściwie nie jest już nawet sprawa tylko tego „kto ma rację”. Niestety „konflikt prawd” prowadzi nieuchronnie do ponownego konfliktu zbrojnego. Poczucie krzywdy, ale też paradoksalnie i winy, budzą w ludziach chęć rewizji przeszłości. Dlatego też tak ważny jest trud kilku organizacji pozarządowych i nielicznych instytucji państwowych, które starają się wprowadzać w życie mechanizmy dotyczące procesu konfrontaciji z przeszłością i sprawiedliwości tranzycyjnej. Wśród zwykłych ludzi świadomość o ważności tego procesu jest dosyć mętna. I choć nie muszą się oni z nią zgadzać to raczej powinni o niej przynajmniej wiedzieć. Szczególnie młodzi, którym serwuje się w rodzinach i podzielonych według nodowego klucza szkołach, jedną prawdę, najczęściej zaprawioną mitami, uprzedzeniami i kłamstwem. Trzeba młodym dać im narzędzia, dzięki którym sami będą sobie mogli odpowiedzieć na pytania dotyczące przeszłości. Konkretne fakty, świadectwa, dowody są najsilniejszą bronią. Łatwo jest manipulować czymś co nie jest dokazane. Stad pomysł mojego projektu cyklu warsztatów dla szkół średnich. Pojechaliśmy do czterech głównych miast w BiH. Ale żeby nie przeciągać, o efektach w następnej notce.


środa, 15 kwietnia 2009

Nowa sarajewska świątynia


To co lubiłam od zawsze w Sarajewie to fakt, że nie było w nim wielkiego centrum handlowego. W Warszawie nie znosiłam tych wszystkich Arkadii, Złotych Tarasow, Galerii Moktów... Owszem kupowałam w nich, ale nigdy nie chodziłam tam dla przyjemności czy rozrywki. Irytowały mnie tłumy, które spędzają tam każdą wolną chwilę, cale weekendy i popołudnia. Ludzie zachłyśnięci fałszywym dobrobytem, wiejsko-miejska mentalność. ogłupienie i zagubienie w jednym. Sarajevo było od tego wolne. W Sarajewie zakupy w bardziej „luksusowych” sklepach zwykle są połączone ze spacerem i kawą na głównej ulicy – Ferhadiji. Dotychczasowe centra handlowe, które i tak były relatywnie małe, znajdowały się raczej na obrzeżach. Ludzie chodzili do nich głównie z powodu supermarketów, ale i tak pijace (bazarki) były głównym miejscem handlu. W tym kontekście pisałam już kiedyś o Markalach, więc nie będę się powtarzać.

Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że i Sarajewo wkrótce musi dotknąć współczesna forma konsumpcji, która sama w sobie staje sie celem.

Przed dwoma laty wyburzona została Sarajka – kultowy dom towarowy w kształcie olimpijskiej śnieżynki, symbol Sarajewa, punkt rozpoznawczy, miejsce spotkań. Zniszczona w czasie wojny nigdy już nie powróciła do życia. Ogrodzona straszyła spalonym szkieletem. Chyba nie dało już sie jej uratować, a może wcale nie chciano.

Wkrótce po zburzeniu rozpoczęto budowę nowego centrum handlowego. Inwestorem stal sie islamski bank BBI. Powstał wielki, nowoczesny moloch. Styl architektoniczny nie był zaskoczeniem. Taki sam ma odbudowany, również przez Arabów, słynny hotel Evropa... Trzeba przyznać, że jest estetyczny, ucieka konwencji typowych “szklanych domów“, w samej architekturze nie wyczuwa się kiczu. Ale to chyba jedyne pozytywy.

Oczywiście, można by powiedzieć, że taka jest kolej rzeczy. Miasto się odradza, reformuje, idzie z duchem czasu. Niestety centrum BBI jest kontrowersyjne pod wieloma względami. Pominę jedynie te finansowe.

Przede wszystkim to jedyne w Europie centrum handlowe, które jest podporządkowane islamskim zasadom. Nie sprzedaje się w nim alkoholu ani wieprzowiny (które to produkty we wszystkich większych marketach w Sarajewie są dostępne). Oprócz tego w centrum jest mesdžid – czyli miejsce, w którym muzułmanie mogą się modlić. Cóż z tego, że budynek jest w samym centrum, a wokół niego s dziesiątki meczetów. Przekaz jest prosty – to nasz muzułmański teren. My tu jesteśmy główni, centrum Sarajewa jest nasze!

Centrum zaskakuje luksusem. Sklepy są bardzo drogimi butikami, w którymi przeważają artykuły luksusowe. Ceny przyprawiły mnie o zawrót głowy. Szczerze powiem, że czułam się tam jak w londyńskim Harrodsie, a warszawskie Złote Tarasy wydały mi się skromnym bazarkiem. Drewniane podłogi, płyty szkła, kolumny spowite imitacją czarnego atlasu (sic!). Ludzi tłum. Chodzą grupkami– starzy, młodzi, patrzą lśniącymi oczami, zachwyceni, ale i mocno speszeni. W każdym ze sklepów obsługa niczym z wczesnych lat dziewięćdziesiątych - rzucająca się na klienta, tropiąca krok w krok, zadająca masę usłużnych i wymuszonych pytań, które zmuszają do ucieczki. Kolejek do przymierzalni brak. Po przejściu pięciu pięter (!) poczułam zawrót głowy i cóż, chyba również wstyd. Oczywiście w każdym kraju są biedni i bogaci, ale w Bośni te różnice nie są tak duże. Wszyscy są na ogół biedni. Oczywiście w Sarajewie się tego nie widzi na każdym kroku, ale ostatnie raporty są nieubłagane. Publiczne jadłodajnie wydają 100% więcej posiłków, robotnicy większości zakładów nie dostają pensji od miesięcy, zdesperowani inwalidzi wdarli się do parlamentu (dantejskie sceny, szczególnie z udziałem osób głuchoniemych i premier Branković wychodzący tylnymi drzwiami...). Kryzys nie ominął nikogo (oczywiście oprócz posłów, którzy podwyższyli sobie diety). Zmniejszone zostały pensje w firmach prywatnych, w szkołach i na uniwersytetach, w mojej organizacji od stycznia ludzie pracują za darmo...

Centrum handlowe BBI stanowi ogromny kontrast wobec obecnej sytuacji. Oczywiście lansowana jest odwrotna wizja. Podkreśla się przede wszystkim fakt, że w centrum znalazło pracę około 1000 osób. To oczywiście jest niezaprzeczalny plus i warto o nim pamiętać, ale jak długo utrzymają się te miejsca. Kto będzie kupować w tych sklepach?

Ale zostawmy już niesprawiedliwość społeczną, etykę, moralność i te wszystkie zjawiska, które właściwie, mówiąc oględnie, wyszły z użycia. Oprócz tego to są sprawy uniwersalne i być może centrum BBI nie jest tu żadnym wyjątkiem. Sprawa ma również wymiar bardzo symboliczny oraz mocny lokalny wydźwięk.

Arabskie centrum handlowe z wielką pompą zostało otwarte nie przypadkowo 6 kwietnia – w Dzień wyzwolenia Sarajewa. Podczas gdy zdesperowani pracownicy komunikacji miejskiej strajkując sparaliżowali ruch, otwarciu centrum towarzyszył koncert, na którym główną gwiazdą był Kemal Monteno (Sarajevo, ljubavi moja...) Abdulah Sidran, boszniacki poeta i zaangażowany polityk partii SDA, napisał specjalny wiersz na tę okazję, którego recytację pokazano na scenie i wielkim telebimie. A niechże i tak było. Muzyka i sztuczne ognie jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Najgorsze jednak jest to, że otwarcie nowej świątyni konsumpcji (o zdecydowanie islamskim zabarwieniu) zostało w bezpośredni sposób powiązane z.... dziećmi Sarajewa, które zginęły w czasie wojny. Wszystko to za sprawą, oczywiście kontrowersyjnego, ale o tym innym razem, pomnika poświęconego najmłodszym ofiarom wojny, który znajduje się po drugiej stronie ulicy. Dyrektor banku BBI w Bośni zwrócił się publiki takim słowami: „Na przeciwko nas znajduje sie pomnik dzieci Sarajewa. Oddajemy im ten plac (pomiędzy centrum a pomnikiem – przyp. aut.). Dzieci sprawiają, że idziemy naprzód“. Inwestor, który po prostu uporządkował teren przed swoim budynkiem, postawił kilka ławek i koszy na śmieci, oficjalnie ogłosił się sponsorem i patronem głównego placu w mieście. Dla jasności pomnik od centrum jest oddzielony szeroką ulicą, te dwa elementy nie stanowią wspólnej kompozycji przestrzennej. Nie przeszkodziło to jednak nikomu, żeby stworzyć iluzję i połączyć te dwie rzeczy. Centrum handlowe vs. dzieci ofiary wojny. Nikt nie podniósł głosu, ani stowarzyszenie rodziców tych dzieci, ani zwykli mieszkańcy. Oni są zadowoleni, centrum jest pełne ludzi. Nawet w mojej organizacji w pewnych kręgach tylko o tym sie mówiło przez parę dni (oczywiście podkreślając islamski charakter tego miejsca!). Za parę tygodni pewnie już nikt nie będzie tego wspominał. Miasto wchłonie nowy element, a jego mieszkańcy nie będą sobie wyobrażać bez niego Sarajewa, tak jak kiedyś nie wyobrażali sobie go bez Sarajki.












Sarajka




Zdjęcia

(1) Kenan Efendić
(2), (3) www.sarajevo-x.com
(4) www.walter.cjb.net

I na koniec żart:

- Znaš li kako se zove Robna kuća ‘Sarajka’?
- Ne znam.
- Pa, Muslimanka.

środa, 4 marca 2009

Bilans półroczny




Pół roku minęło od kiedy mieszkam w Sarajewie. Przede mną jeszcze na 1oo% drugie tyle, na 95% jeszcze jakieś dwa lata, na 50% więcej niż dwa lata, a chyba tylko na 5% opcja "na zawsze".

Co się zdarzyło, co się zmieniło, a co nie. Co mne cieszy i smuci. Niechronologicznie, nielogicznie, wybiórczo, przypadkowo, ale sczerze.





  • Zamieszkałam z Bośniakiem pod jednym dachem, w konkubinacie z planami na formalizację związku. Jestem szczęśliwa i gdyby mój Bośniak był standardowym przedstawicielem swojego gatunku, to poleciłabym przedstawicieli tego narodu każdej kobiecie. Ale tak się składa, że raczej nie jest, więc nie polecam.
  • Zaczęłam samodzielnie prowadzić gospodarstwo domowe i nadal oscyluję pomiędzy złą konkubiną a matką polką. Gotuję dość często, sprzątam rzadziej, ale jednak. Robię wiernie zakupy w ROBOCIE (fanki nazwy oraz sklepu mogą spać spokojnie). Pranie dzielę na kolorowe i białe. Nadal nie prasuję. Palę tylko na balkonie, nie więcej niż kiedyś, może nawet mniej, ale za to z nieustanną przyjemnością. Przerzuciłam się z chorwackiego Ronhilla na sarajewską Aurę Light.
  • Piję bośniacką kawę zagryzając ją kostką cukru. Więcej niż jedną dziennie, ostatnio także wieczorami. Zaczęłam sama ją gotować, ale tylko wtedy gdy K. nie ma w domu, a mi zabrakło rozpuszczalnego Jacobsa.
  • Nie jem już kanapek typu masło, ser, wędlina, ogórek kiszony i majonez Kielecki, bo żadnego z tych składników nie ma. Jem w zamian suho meso (goveđi pršut) czyli wędzoną wołowinę, która jest potwornie droga, słona i gumowata, ale jeszcze mi się nie znudziła. Dodatkiem do niej jest kajmak ze sklepu, który podobno nie przypomina tego prawdziwego, ale co tam. Nie jem wieprzowiny, bo jej nie ma. Polubiłam ćevapi (bez cebuli), a konkurs na ulubioną pitę wygrala krompirusa (z ziemniakami), w sezonie letnim zamieniam ją na tikvenjačę (cukinia lub dynia).
  • Mam już w Sarajewie swojego fryzjera i ginekologa, co uważam za znak zadomowienia.
  • W swojej organizacji pracowałam w trzech projektach – Zabytki i miejsca pamięci, Wsparcie dla kobiet oraz Niepośrednie ofiary wojny, ale porzuciłam je na rzecz projektu własnego pomysłu. Moja pozycja znacznie wzrosła, ba, pochwalę się nawet, że mam swój komputer (sukces!) i asystentkę. Jeżdżę w delegacje służbowe i na konferencje. Chyba mnie docenili. Zmieniłam też pokój w biurze i towarzystwo na dużo lepsze, a także nabrałam nawyków biurowych – ploteczki, papieroski na balkonie, ciasteczka, kawka, torty z okazji urodzin i świąt. Polubiłam swoją pracę bardzo, choć tryb etatu i system 5 dni pracy - 2 dni odpoczynku nadal dużo mnie kosztuje. Fizycznie już przywykłam, ale w głębi duszy nie mogę się z nim pogodzić.
  • Towarzysko się rozwijam. Mam chyba ze trzy dobre koleżanki i garstkę znajomych. Telefon zapełnił się nowymi kontaktami i o dziwno czasem dzwoni. Potrzebuję czasu, żeby się z kimś zaprzyjaźnić i ta reguła potwierdziła się w Sarajewie. Doceniłam bardzo swoje warszawskie przyjaźnie. Liczę na to, że przetrwają.
  • Coraz lepiej znam miasto i poruszam się po nim swobodnie. Jestem znawcą swojego osiedla. Potrafię rozpoznać taksówkarzy naciągaczy oraz kontrolerów biletów w tramwajach i trolejbusach (90% skuteczności).
  • Nadal wychodzę do tych samych knajp, do których chodziłam w czasie studiów. Ale piję zdecydowanie mniej. To mi się podoba.
  • Odkryłam, że góry wokół Sarajewa są prawdziwe i można po nich chodzić! Póki co byliśmy raz, ale wierzę, że z czasem wejdzie nam to w nawyk i zaczniemy korzystać z fantastycznego położenia Sarajewa.
  • Pozbyłam się też wielu złudzeń na temat miasta. Nadal bardzo je lubię, widzę też sporo wad. Brakuje mi najbardziej kina, wystaw i ogólnie pojętych wydarzeń kulturalnych. Ale kina najbardziej. Zaczęłam chodzić na to co aktualnie grają i w ciągu roku obejrzałam filmy na jakie w życiu bym nie poszła w Warszawie (m.in. Bond i Z archiwum X!).
  • Nadal jestem Bośnią zafascynowana, ale muszę przyznać, że widzę głównie ciemne strony. Ciężki proces tranzycji, polityczne piekiełko, ogromna niesprawiedliwość społeczna, bieda, marazm, widmo wojny unoszące się nad wszystkim, apatia i rozczarowanie, potworny nacjonalizm, podziały, nienawiść, poczucie krzywdy, chęć odwetu, brak perspektyw, zacofanie mentalne. Najgorszy jest brak nadziei. To jest jedyne co łączy wszystkie narody Bośni, wszystkie pokolenia i opcje polityczne. Ale ja wierzę mocno, że to przejdzie. I jestem dumna, że mogę tu być i że w jakiś sposób włączam się w to wszystko. O swoim projekcie napiszę już wkrótce. Nic wielkiego, ale może to zawsze jakiś krok…
  • No i przecież zaczęłam pisać blog. Cóż, liczba postów nie jest imponująca, ale mam nadzieję, że kiedyś wejdzie mi to w nawyk i zacznę pisać regularnie. Listę tematów mam długą, brakuje czasu i organizacji, żeby to wszystko opisać. Z tej okazji dziękuję wszystkim komentującym, czytającym, a podglądających ośmielam do zostawiania po sobie śladu.
Podsumowując, pół roku w Sarajewie minęło bardzo szybko. Początki były może nie tyle trudne co burzliwe, ale teraz przychodzi chyba względna stabilizacja. Z niecierpliwością czekam na to co przyniesie kolejne sześć miesięcy.



czwartek, 19 lutego 2009

Koń by się uśmiał


Mam problemy z bośniackim poczuciem humoru. I nie mam tu na myśli dowcipów, które jak dla mnie są bardzo podobne do polskich. Może nie o sam humor tu chodzi, ale o zjawisko, które szczerze mówiąc potrafi doprowadzić mnie prawie że do łez.

ZAJEBAVANJE. Nie da się tego przetłumaczyć jednym słowem, ale mniej więcej chodzi o: strojenie sobie żartów z kogoś, dogryzanie, wyśmiewanie, przygadywanie, robienie ironiczno-sarkastycznych uwag i nie wiem jeszcze jak to cenzuralnie nazwać. Sama należę raczej do osób ironicznych, więc subtelna kpina nie jest mi obca …ale jednak taki rodzaj żartów u nas chyba jest zarezerwowany dla osób które jednak za sobą nie przepadają. Zajebavanje na dzień dobry, przy okazji przypadkowego spotkania, przy pośpiesznej kawie i w innych trywialnych sytuacjach, przez osoby, które darzę sympatią, ale jednak mało znam – jest dziwne. Zajebavanje ze strony najbliższej osoby, w dodatku w towarzystwie też jest trochę… osobliwe. Początkowo myślałam, że po prostu mam do czynienia z takimi egzemplarzami, ale nie. To zjawisko powszechne i nie odnosi się tylko do mnie.

Niemniej jednak nawet z taką świadomością po 10 takim „żarcie” w podobnych okolicznościach zaczynam się w końcu zastanawiać co jest nie tak i czy ten ktoś nie przekracza aby subtelnej granicy. Oczywiście czym bardziej pokazuję, że nie wyczuwam konwencji, tym uciecha żartujących jest większa. No uwierzcie mi, że w niektórych sytuacjach nie jest mi do śmiechu. Warto podkreślić, że w swoich odczuciach jestem kompletnie niezrozumiana, niestety... Nie mam siły się już śmiać, a wręcz przeciwnie, ogarnia mnie lekka złość. Wykluczam tutaj złą wolę tych osób. Taka jest konwencja. Tylko jak się do tego przyzwyczaić? Umiejętność śmiania się z samego siebie jest zapewne bardzo cenna, ale dogryzanie samej sobie to już wyższa szkoła jazdy… Stać na coś takiego chyba tylko „tubylców”. Oczywiście świadoma takiego zjawiska powinnam na to przymknąć oczy i robię to, ale śmiać się nie mogę. No bo to mnie nie śmieszy… i co ja na to poradzę?

To jedno z najbardziej dziwnych jak dla mnie „odkryć kulturowych”. Zastanawiałam się nad tym wielokrotnie i myślę, że sedno jest raczej w granicach tych żartów, a nie w ich treści i sposobie wyrażania. Bośniacki humor jest dosyć agresywny, okraszony przekleństwami i fantazyjnymi porównaniami, ale jest tak bezpośredni, że aż czasami by się chciało wstać i z werbalnego przejść na niewerbalny sposób komunikacji.




Żarty się skończyły!