poniedziałek, 1 marca 2010

Komu "W Drogę", temu czas....

Kolejną zbyt długo trwającą pauzę na blogu przerywam recenzją, wyczekiwanego przez mnie oraz wszystkich naokoło, filmu W drodze, o którym z resztą wspomniałam w poprzednim poście.

Jasmila Žbanić ma do tej pory na swoim koncie jeden, całkiem niezły film Grbavica, który przy wszystkich swoich formalnych słabościach, porusza widza mocną historią oraz świetnymi rolami znakomitej jak zawsze Mirjany Karanović oraz młodej debiutantki Luny Mijović. Grbavica w 2006 roku dostała Złotego niedźwiedzia na festiwalu u Berlinie i od tej pory wszystkie oczy w Bośni zwróciły się w stronę Jasmili Žbanić – jedynej nadziei bośniackiego kina, która miała wyprowadzić tutejszą kinematografię z prowincjonalnego zaułka wprost na oświetlone błyskiem fleszy czerwone dywany filmowej Europy a nawet świata.

Nie trzeba chyba zgadywać, że Žbanić presji nie podołała i nakręciła film bardzo słaby, który jest przede wszystkim ukłonem w stronę zachodniego widza, ale obawiam się, że ci którzy do niego dotrą, a będą to raczej wyrobieni widzowie art-housowego kina, nie złapią się na tanią, serialową estetykę tego filmu.

Ja miałam naprawdę duże oczekiwania, szczególnie po obejrzeniu trailera. Po przeczytaniu kilku wywiadów ze Žbanić oraz wstępnych recenzji, które pojawiały się jeszcze przed tegorocznym festiwalem w Berlinie, wywnioskowałam, że z filmem nie zgodzę się na płaszczyźnie ideologicznej, co potem okazało się pomyłką, ponieważ mojej niezgody nic nie mogło wywołać, bo film właściwie nie ma żadnego przesłania, a nawet nie otwiera żadnego pytania. A powinien z uwagi na to, że porusza (choć to raczej złe słowo) jeden z najbardziej fascynujących i aktualnych problemów współczesnej Bośni czyli wahabizmu. W drodze można streścić w jednym zdaniu: szczęście jednej pary niczym z kolorowego magazynu – stewardessy Luny i kontrolera lotów Amara – rujnuje jego zupełnie przypadkowe wstąpienie w szeregi wahabitów. Właściwie brzmi całkiem nieźle i można by z tego zrobić naprawdę dobrą historię. Oczekiwałam, że reżyserka postara się odpowiedzieć na kluczowe pytania – co pcha młodych, do tej pory niezbyt wierzących, ludzi do wyrzeknięcia się dotychczasowego życia i radykalnego zwrotu w stronę anachronicznego, fundamentalistycznego wręcz ujęcia Islamu. Jak takie wybory wpływają na tych którzy ich dokonują oraz jak to się odbija na ich bliskich. Co dostają w zamian i dlaczego jest to takie niebezpieczne? Niestety z tego filmu się tego nie dowiemy, bo ani martwe, sztuczne serialowe dialogi, ani nazbyt upiększone i rozwleczone do niemożliwości sceny aspirujące nieudolnie do najlepszych tradycji kina europejskiego, wreszcie bardzo słabi aktorzy, na których patrzenie przy kilkuminutowym zbliżeniu staje się męką, nie są w stanie dać odpowiedzi lub zmusić do rozmyślań. Oprócz formalnie słabych stron, największy zarzut można by postawić wobec fałszywego pokazania życia wahabickiej wspólnoty, która w ujęciu Žbanić przywodzi na myśl raczej przeciwnych whabitom sufickich mistyków… Każdy kto widział na ulicach Sarajewa facetów w krótkich spodniach z długimi brodami, kto kupował coś w prowadzonych przez nich sklepach czy też chociażby śledził nieliczne, ale jednak istniejące materiały prasowe i telewizyjne, wie, że daleko im do tych z filmu W drodze. Do takiego obozu jaki jest przedstawiony w filmie, do orientalnych namiotów pokrytych perskimi dywanami może i sama bym pojechałam, ale wolnego – wiadomo, że te słynne obozy tak nie wyglądają i że nie o odpoczynek na łonie przyrody i poza zasięgiem telefonu komórkowego, w nich chodzi… Ale wielu po obejrzeniu tego filmu pewnie da się nabrać i niestety może pomyśleć, że wahabici są nikomu nieszkodzącą wspólnotą bardzo religijnych ludzi… Nawet fakt, że Luna z naganą ocenia przypadki poligamii z nieletnimi i nadmierny konserwatyzm członków sekty, to jestem przekonana, że w wierze modnego dziś pluralizmu, tolerancji i fałszywego multikulturalizmu, widz będzie usprawiedliwiał wahabitów. Może nie stanie, tak samo jak główna bohaterka po ich stronie, ale będzie próbował ich „zrozumieć” i wmawiać sobie, że te wszystkie pokryte od stóp do głów kobiety bez twarzy i najmniejszego prawa głosu są szczęśliwe, nawoływania do religijnej nienawiści są prawem do wyrażania swojej opini, a karabiny i materiały wybuchowe posiadają wahabici tylko i wyłącznie w celach obronnych. Ale mniejsza o to. Informacje należy czerpać z innych źródeł niż film fabularny, który raczej powinien oprócz dostarczania estetycznych wrażeń, otwierać pewne społeczne, etyczne i polityczne pytania. Ten tego nie robi, przede wszystkim dlatego, że dwójka głównych bohaterów nie jest wiarygodna. Amar w swoim nawróceniu religijnym jest bardzo płytki. Przyjmuje nową doktrynę (trzeba pamiętać, że nad wyraz restrykcyjną), obcuje na co dzień z jej wyznawcami, który wierzcie mi, nie przypominają cierpliwie tłumaczących swoje prawdy świadków Jehowy, ale swojego życia codziennego, poza paroma szczegółami nie zmienia. Ktoś kto przyjmuje doktrynę wahabizmu nie będzie raczej tolerował, że jego kobieta (w dodatku nieślubna!) sama wychodzi w krótkiej, obcisłej kiecce potańczyć, kwitując tylko to wydarzenie lakonicznym „Nie jest ci ładnie w tej sukience”. Oprócz tego ,ciężko uwierzyć, że reżyserka jest mężatką, bo niestety życie w związku jest ukazane w nader schematyczny, płytki sposób pozbawiony prawdziwych emocji. Luna na nagły zwrot Amara reaguje dosyć spokojnie i właściwie zależy jej tylko na tym, żeby on był taki jak dawniej. Nawet nie próbuje dociec do go skłoniło do tego czynu, a oprócz tego w filmie nie pada z żadnej ze stron pytanie co będzie z nimidalej, i jak pogodzić dwa totalnie nieprzystające do siebie światy. Žbanić pomija tę kwestię skupiając się raczej na strojach głównej bohaterki oraz tym co kupuje na targu czy w cukierni. Film jest też zupełnie niepotrzebnie obciążony wątkiem wojennej traumy, która oczywiście jest tematem wielkim i nadal ważnym, ale nie wymaga obecności w absolutnie każdym aspekcie życia i sztuki. Bohaterowie, oprócz tego że zmagają się z wyżej opisanym problemem, są również obciążeni sieroctwem i doświadczeniem wychodźstwa… Niestety związek jaki mogą te dwie rzeczy mieć z wahabizmem został pominięty, a wojenna trauma bohaterów miała raczej za zadanie wyciśniecie kilku dodatkowych łez zachodniego widza. To z resztą kolejny przykład na niepotrzebną wiktymizację i tworzenie martyrologicznego obrazu jaki od końca wojny jest stale obecny w bośniackiej literaturze i filmie. Aby było jeszcze bardziej dramatycznie oprócz demonów z przeszłości i rozpadu związku Luna przeżywa kolejny dramat (ale i ten jej zbytnio nie załamuje). Mianowicie usilnie stara się o dziecko i po dwóch latach prób poddaje się terapii hormonalnej oraz przygotowuje do bolesnego sztucznego zapłodnienia. Dla każdej pary taka sytuacja to dramat niepewności, nadziei, bólu i zwątpienia. Dla naszej pary nie jest to nawet temat do rozmowy a jedyna niedogodność i źródło cierpienia to wykonywanie zastrzyków… Również do tego aspektu podchodzą kompletnie bezrefleksyjnie.

Oprócz trailera jest jeszcze jeden pozytywny aspekt tego filmu i jeśli warto go obejrzeć to tylko i wyłącznie dla drugoplanowej roli Ermina Bravo. Jeszcze nie widziałam tego aktora, zarówno w filmie jak i w teatrze, w roli w której by mnie nie zachwycił. W filmie W drodze, gra przywódcę wahabitów, ale robi to z taką charyzmą i tak wiarygodnie, że nawet mi popuściły wodze fantazji i już widziałam się jako jego trzecia żona. To był oczywiście bardzo krótki moment zapomnienia i szybko przywołałam się do porządku, co niemniej jednak świadczy o aktorskiej wielkości tego sarajewskiego aktora. (Jak to K. stwierdził ironicznie, ma się od kogo uczyć – a gdy to mówił miał na myśli związek Ermina ze sporo starszą od siebie wspomnianą przy okazji Grbavicy aktorką Mirjaną Karanović. Nie mogłam się powstrzymać od zaserwowania wam tych plotek, bo jestem z nimi jakoś emocjonalnie związana, a to z powodu pewnego krawca, który będąc jednocześnie kostiumologiem w sarajewskim Teatrze Kameralnym 55, opowiadał mi pikantne szczegóły tego aktorskiego związku o którym plotkuje pół Sarajewa… )[to był przykład braku jakiejkolwiek, nawet auto-, cenzury na blogu. Proszę o wybaczenie!]

Podsumowując Jasmila Žbanić podjęła się w jednym filmie bardzo ważnych, ciężkich tematów i jak się można było domyślać nie była w stanie ich udźwignąć. Nie wróżę jej świetlanej przyszłości, nie tylko za granicą ale również w kraju, gdzie stara się przypodobać wszystkim – przeciętnym Bośniakom nastawionym raczej nacjonalistycznie oraz bardziej „alternatywnym” kręgom, co jak wiadomo z góry skazane jest na porażkę. Nie wiem czy film będzie w polskich kinach, ale jeśli nie, to nie ma czego żałować. Obejrzenie trailera jest moim zdaniem dużo lepszym rozwiązaniem – jest lepszy niż cały film.




Z ostatnich bośniacko-hercegowińskich produkcji polecam film Śnieg Aidy Begić, który oczywiście nie jest bez wad, ale piękne zdjęcia, aktualny temat, dobra gra aktorska wynoszą go o klasę wyżej niż gniot W drodze. Inną ciekawą propozycją jest najnowsza chorwacka produkcja Metastaze w reżyserii Branka Schmidta na podstawie debiutu Iva Balenovicia (pseudo Alen Baović). To mocna, transformacyjna historia pokazująca ciemną stronę Zagrzebia i przywołująca chorwackie demony, które wszyscy, a szczególnie politycy, starają się zamieść pod dywan z napisem Unia Europejska. Mam nadzieję, że Bośnia doczeka się już wkrótce filmu na miarę swoich sąsiadów. Tymczasem pozostało nam wracać do takich dzieł jak nowszy Kod amidže Idriza, czy stare klasyki Kusturicy…


czwartek, 4 lutego 2010

Długie brody i krótkie spodnie


We wtorek, bośniacko-hercegowińskie media ogłosiły, że przeprowadzono największą w powojennej Bośni akcję policyjną. Celem była mała wieś Gornja Maoča zamieszkana przez tzw. wahabitów czyli przedstawicieli odłamu Islamu, przez niektórych traktowanego jako sekta. Wahabizm to właściwie doktryna religijno-polityczna powstała w XVII wieku na półwyspie arabskim, która głosi powrót do źródeł wiary, dosłownie interpretuje Koran, a jej wyznawcy i zwolennicy kierują się życiem proroka Mahometa.

W Bośni zjawisko wahabizmu pojawiło się wraz w wojną, podczas której braciom w wierze przyszli z pomocą arabscy mudżahedini, czyli islamscy bojownicy gotowi umrzeć za swoją wiarę. Ci którzy nie dostąpili tego „zaszczytu”, pozostali w Bośni i ze wsparciem takich państw jak Arabia Saudyjska i Jordan, krzewili nowy wymiar islamu. I chociaż „arabska kultura” a szczególnie islamski radykalizm w arabskim wydaniu nie bardzo pasowały do „europejskiego” wymiaru kultury bośniackich muzułmanów, to mimo wszystko zniszczona wojną Bośnia, z doświadczeniem zbrodni ludobójstwa i czystek etnicznych, w pewnym stopniu nie zdołała się oprzeć wahabitom, w szczególności, że ich metody były bardzo dopasowane do aktualnych potrzeb społeczeństwa (znaczne wsparcie finansowe i „duchowe”). Tak też rozpoczęły się liczne małżeństwa Arabów z Bośniaczkami, budowano meczety w arabskim stylu (w Bośni meczety są raczej typu tureckiego, co jest oczywiście pozostałością po Turkach osmańskich) przy których działały centra „kulturalno-oświatowe” wydające propagandowe broszurki i organizujące darmowe kursy arabskiego, wykłady tematyczne, spotkania, wycieczki, szczególnie dla młodych zbłąkanych dusz, które w powojennym i transformacyjnym chaosie próbowały odszukać swoją tożsamość…

Szczyt rozwoju działalności bośniackich wahabitów miał miejsce kilka lat temu, kiedy to np. organizacja Aktivna Muslimanska Omladina potrafiła w centrum miasta zorganizować propagandową akcję wykorzystując „ogłupiające” (sama widziałam i nazwać tego inaczej nie mogę) filmy o dżihadzie, świętej wojnie i promujące najbardziej radykalne formy Islamu. Stanowisko Wspólnoty islamskiej (Islamska zajednica – oficjalny organ zrzeszający muzułmanów, na którego czele stoi zwierzchnik tytułowany Reisu-l-ulema) było raczej neutralne, a reis Mustafa ef. Cerić niby nie popierał działalności, ale też wypowiadał się przeciwko.

Kres nadmiernej aktywności wahabitów przyszedł wraz z tragiczną śmiercią w wypadku samochodowym jednego z przywódców ruchu – Jusufa Barčića w 2007 roku oraz z niedawnym aresztowaniem Abu Hamze – Araba który stał na czele wielu wahabijskich akcji a także oskarżonego o powiązania z Al- Kaid i światowym teroryzmem (chociaż nie popieram arabskich ekstremistów, akurat tego typu oskarżenia śmierdzą z kolei na bushowską „wojnę z terroryzmem”, która jest jedną z największych porażek politycznych). Wahabici zostali zatem osłabieni, ale nie znaczy to, że zaprzestali swojej działalności. Jedynie wycofali się ze sfery publicznej, ograniczając się do publikowania radykalnych islamskich treści na anonimowym portalu Droga wiernych (www.putvjernika.com) oraz nielicznych incydentów na przykład napad na uczestników pierwszego Queer Festivalu który nawet ni paradowali przez miasto, a czekali na wejście do Akademi sztuk pięknych w której odbywał się festiwal.

Wracając jednak do wyżej wspominanej enklawy – to wieś Gornja Maoča położona na przysłowiowym końcu świata, zamknięta dla mediów i innych przybyszów, była ostoją wahabitów których przywódcą jest Nusret Imamović. Jak piszą gazety wiodły do niej drogowskazy w języku arabskim, szkoła podstawowa była prowadzona według jordańskiego planu nauczania, a poligamia, w Bośni zabroniona, była stałą praktyką. Jedyne prawo jakie obowiązywało na tym obszarze to szeriat, a wszelkie przyjemności typu muzyka (nawet jako sygnał telefonu komórkowego) srogo zabronione, nie wspominając już o masochistycznych praktykach typu kopanie w polu w upale przy rozpalonym ognisku. To oczywiście bardzo kontrowersyjne informacje i kto wie na ile sprawdzone a ile z nich obrosło w mity. Niestety świeższych wiadomości brak, ponieważ ostatnio każda próba dotarcia dziennikarzy do wsi kończyła się zatrzymaniem, przeszukaniami, przebitymi oponami i groźbami a nawet fizycznymi atakami ze strony mężczyzn z długimi brodami i w przykrótkich spodniach (wahabici strojem chcą się upodobnić do wyglądu Mahometa).

Jednak trzeba mieć na uwadze, że zorganizowana akcja Światłość w której uczestniczyło ponad 600 policjantów i antyterrorystów była wymierzona w coś poważniejszego niż radykalne obyczaje. Już od dawna podejrzewa się, że bośniaccy wahabici mają związki z Al-Kaidą, a wieś być może jest nawet obozem treningowym dla islamskich terrorystów (oskarżenia prawdopodobni są trochę na wyrost, ale związki wahabitów z kryminałem nie są czystym wymysłem). Pod zarzutami o posiadanie broni ciężkiej, oraz o nakłanianie do religijnej nietolerancji (na wspomnianym wcześniej portalu) zostało zatrzymanych siedem osób, w tym jak podają agencje, przywódca grupy Nusret Imamović. To znak, że bośniackie Ministerstwo bezpieczeństwa postanowiło rozprawić się ze zjawiskiem, które do tej pory dla wszystkich, łącznie z oficjalnymi zwierzchnikami islamskimi, było solą w oku.


 Scena z nowego filmu Na putu (W drodze) Jasmile Žbanić, który traktuje o wahabitach właśnie

sobota, 23 stycznia 2010

Kiepski kiosk


Nie ma to jak usiąść sobie w sobotni poranek, leniwie jeść śniadanie, nieśpiesznie pić kawę i na spokojnie przeglądać gazety. Oczywiste? Nie w Bośni… Nie to żebym miała duże wymagania, ale naprawdę rynek czasopism jest tutaj dosyć kiepski. Po prostu nie ma co czytać, a nawet jak jest, to trzeba to wyławiać z morza bzdur i mocno filtrować od wszechobecnego nacjonalizmu. Realny wybór nie jest zbyt wielki.

Dwa główne dzienniki Dnevni Avaz i Oslobođenje stoją niby po dwóch stronach barykady, ale szczerze mówiąc to ta barykada jest ustawiona z poduszek. Avaz jest konserwatywnym tabloidem, już sam turecki tytuł (avaz znaczy glas, czyli głos) sugeruje i słusznie, że stoi on na straży boszniackiej tożsamości i uciśnionych (niby) muzułmanów serwując przy tym obszerną czarną kronikę, czyli spis wszystkich wydarzeń z okolicy typu: rozboje, wypadki samochodowe, zabójstwa niewiernych żon lub pijackich bijatyk (swoją drogą można wśród tych artykułów znaleźć prawdziwe perełki). Czyli jednym słowem mówiąc Dnevni avaz to taki polski Super Express czy też Fakt.

Oslobođenje to z kolei gazeta z tradycjami, bastion czytelników, którzy spoglądają raczej na lewą stronę sceny politycznej. Wychodzące w czasie ostatniej wojny w niewiarygodnie ciężkich warunkach było jednym z symboli oporu, drukowane naprzemiennie cyrylicą i łacinką nie odcinało się od jugosłowiańskich wartości. Wielka szkoda że dzisiaj ta tradycja jest kontynuowana dość apatycznie. Poziom tekstów jest na pewno lepszy niż w Avazie, na pewno bardziej zgodny z moimi poglądami, ale nie oszukujmy się, to jest pierwsze miejsce wśród kiepściaków, bo ani porządnie opracowanych wiadomości z kraju i ze świata nie ma, ani porywających felietonów, poważnej i konstruktywnej krytyki – wszystko jest za to umoczone w mocno nieświeżym lokalnym sosie przepychanek między starymi kumplami, którzy się pokłócili się na podwórku i teraz się obrzucają błotem. Oczywiście sensacyjne treści, choć już nie tak „urzekające”, mają swoje stałe miejsce, tak samo jak nekrologi, prawdopodobnie najczęściej czytana część…

Niestety tygodniki społeczno polityczne nie są dużo lepsze. Jako taki poziom trzymają BH. Dani, kultowy magazyn, który jeszcze do niedawna był ostoją i tak ledwie dyszących intelektualistów, ale teraz to nawet oni coraz ciężej znajdują tam swoje miejsce. Dani nie mają już tej mocy co kiedyś, popadają w polityczne układziki i straciły dawną jasność, obiektywność i przede wszystkim merytorycznie podupadły. Dziennikarstwo śledcze, szczególnie gdy dotyczy tak małej przestrzeni jaką jest Bośnia, nie ciekawi mnie specjalnie, bo mam wrażenie że to wciąż ta sam historia tylko czasem twarze się zmieniają. Brakuje reportaży, dobrych recenzji i tekstów o tematyce społecznej.

Ostatnim z największych tytułów jest Slobodna Bosna, która wbrew nazwie nie jest obszarem szczególnej swobody czy też wolności. Aby dopełnić obrazu wspomnę tylko, że od niedawna wychodzi również Global, który miał być inteligentniejszą twarzą Avazu serwowaną raz na tydzień konserwatystom. Miałam do czynienia z dwoma numerami, ale obiektywnie ocenić nie mogę, bo to tak jakbym miała powiedzieć na jakim poziomie jest Nasz Dziennik - dla mnie na żadnym, bo się u podstaw z nim nie zgadzam. Tak samo jest z Globalem.

Tak więc gazety kupuję sporadycznie, głównie wtedy jak sama włóczę się po mieście i w kawiarni siedzę sama przy stoliku, ewentualnie jak mnie coś konkretnego zainteresuje, najczęściej teksty znajomych. Przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać przede wszystkim w transformacyjnym charakterze obecnej Bośni. Z jednej strony społeczeństwo zmęczone polityką i retoryką niezmieniającą się od lat, zagubione w nowej rzeczywistości bez pracy i perspektyw, a z drugiej raczkujące media, które do stadium do jakiego doszła na przykład polska Agora potrzebują co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu lat.

Czekając na zmiany na rynku prasowym, pozostaje niezawodny Internet. Jak można się spodziewać tutaj sytuacja mediów elektronicznych jest już trochę lepsza. Jeśli chodzi o Bośnię to do codziennego czytania newsów polecam portal www.radiosarajevo.ba Proszę się nie dopatrywać w tym nepotyzmu, bo to że mój mąż tam pracuje nie zmienia faktu, że portal ma oryginalne rubryki, sporo tekstów autorskich i polemicznych oraz trafiające w mój gust poczucie humoru z jakim prezentują tzw. lekkie treści. To podstawa na dobrym poziomie, do porannej kawy właśnie. Na pewno alternatywa dla najpoczytniejszego internetowego tabloidu sarajevo-x.com.

Stopień wyżej jest zdecydowanie regionalny serbski portal www.e-novine.com Dużo dobrych rzeczy do czytania a przede wszystkim jedyna nieskażona nacjonalizmem platforma i w dodatku o zasięgu regionalnym. Ale żeby nie było tak sielankowo, to radzę się śpieszyć z czytaniem, bo niestety e-novine być może ponowią los legendarnego chorwackiego Feral Tribune i zostaną zamknięte. Powodem jest finansowa niewydolność, która bynajmniej nie jest winą małej liczby czytelników (wręcz przeciwnie) czy złego zarządzania firmą, lecz ogólnego klimatu który panuje w Serbii i na Bałkanach. Zamknięcie Feralu i groźba zniknięcia e-novin jest bardzo znacząca – po prostu jest dowodem na to, że na Bałkanach nie ma miejsca na naprawdę niezależne media. Oprócz nacisków z zewnątrz w obu przypadkach doszło do bojkotu ze strony reklamodawców, czyli największego z możliwych źródła finansowania. Wiem, że w skali Polski to nie pomyślenia, że coś co się dobrze sprzedaje nie może znaleźć reklamodawców, ale na Bałkanach rynek, choć niby kapitalistyczny, działa inaczej… Takie rzeczy jak zamknięcie dwóch jedynych niezależnych, krytycznych a przy tym trzymających poziom mediów powinno być chyba bardziej niż niepokojące.

W temacie czasopism, ale już nie tych codziennych godne polecenia są Sarajevske Sveske, Novi Izraz i Odjek. To raczej poważne czasopisma akademickie o charakterze humanistycznym, głównie literacko-kulturoznawczo-teoretycznym. Dobre, ale do czytania w kawiarnianym zgiełku się raczej nie nadają (no chyba, że ktoś lubi zgrywać intelektualistę i zaczytywać się w postmodernistycznych teoriach trzymając okładkę tak żeby wszyscy widzieli). No ale przejdźmy wreszcie do sedna – ogłaszam wszem i wobec, że pojawiła się alternatywa - Czasopismo po-etycznych badań i aktywności (sic!). I tutaj to już oskarżenia o nepotyzm, kolesiostwo i autopromocję są jak najbardziej zasadne. (sic!) powstał kilka miesięcy temu jako inicjatywa przyjaciół, głownie studentów literatury i języka z Sarajewa. To bardzo odważny krzyk niezgody na obecną sytuację, wyrażenie pokoleniowego buntu i chęci zmiany. W magazynie możecie znaleźć teksty dotyczące literatury, kultury, teorii, ale też polityki i obecnej sytuacji społecznej. Chłopcy i dziewczyny z redakcji oraz  współpracownicy mówią głośno o rzeczach, o których inni umieją tylko milczeć. (sic!) wysoki poziom intelektualny łączy ze śmiałą, prowokacyjną satyrą i to jest zdecydowanie to co odróżnia go od innych czasopism.





Kto czyta w choć jednym z środkowo-południowych języków słowiańskich, zapraszam do lektury. Magazyn jest otwarty również na współpracę, więc kto z kolei pisze w wyżej wymienionych językach niech się zgłasza na mail: redakcija.sic@gmail.com

Pierwszy i drugi numer do czytania on-line tutaj, a kto chce ściągnąć PDF na dysk zapraszam tu (trzeba trochę dłużej zaczekać zanim pojawi się ikonka download).

Miłego czytania!


poniedziałek, 4 stycznia 2010

Nareszcie w...domu?!


I oto jestem -  w Sarajewie i na blogu. Oddech warszawski był mi potrzebny. Jak zwykle wszystkie dobre dusze, liczni (nadal!) przyjaciele oraz rodzina podładowali akumulatory i dali siłę, żeby pchać tę moją sarajewską rzeczywistość do przodu. Bo zdarza mi się (nawet często) narzekać na różne jej aspekty, ale zaledwie parę dni mi potrzeba żebym zatęskniła za miastem w dolinie. Z radością powróciłam do wilgotnego, gęstego od mgły i smogu powietrza, które potrafi przylepić się do policzków w zimny dzień, do widoku światełek migających na wzgórzach, które jeszcze wciąż wywołują we mnie to dziwne poczucie swojskości i nieokreślonego ciepła. Jest jakaś magia w tym przestrzennym, fizycznym zamknięciu Sarajewa o którym pisał Karahasan u Portrecie miasta (Sarajewska sevdalinka, Sejny 1995). Sarajewo otula mieszkańców i przyjezdnych, oblepia ich, zamyka niczym w bańce lub miękkim kokonie i jest to zjawisko jak najbardziej fizyczne, choć metaforyczne zapewne też. To małe miasto bez większych pretensji do bycia metropolią mimo tysiąca swoich wad staje się powoli miejscem, które zaczynam traktować jak swoje, a w rodzinnej dynamicznej Warszawie czuję się coraz bardziej obco. To jest jednocześnie niepokojące i podniecające uczucie, przede wszystkim dlatego, że nie wiadomo co ze sobą niesie.

Niesiona sentymentem i dziwną melancholią oraz przypadkowo zainspirowana jednym z czytanych blogów zamieszczam kilka utworów z  Sarajewem w tle. Zaczynamy od dobrze znanego U2  i słynnej Miss Sarajevo, aby potem zanurzyć się w przejmującej do szpiku kości kompozycji Maxa Richtera, który  niewątpliwie nawiązuje do mojej ulubionej muzyki Preisnera z trylogii Kieślowskiego, następnie ochłonąć przy dźwiękach dzwonków w wykonaniu Trans-Siberian Orchestar, poczuć prawdziwy bośniacki Weltschmerz przy doskonałym współczesnym wykonaniu sevdalinki Teško meni jadnoj…w interpetacji piekielnie zdolnego Damira Imamovicia, aż w końcu poświęcić 10 minut na posmakowanie bałkańsko-żydowsko-sufickiego szaleństwa a capella Jewlii Eisenberg i jej niewiarygodnego tria Charming Hostess, które zainspirowane wojennym zbiorem opowiadań Semezdina Mehmedinovicia Sarajevo blues nagrało album pod tym samym tytułem. Utwory na nim zamieszczone ciężko odnaleźć na youtube, stąd też trochę dziwny fragment pewnego programu telewizyjnego. Ale próbka muzyki jest, a oprócz tego informacja o samym projekcie. 

Miłego słuchania! 









sobota, 12 grudnia 2009

Wyszłam za mąż, zaraz wracam...

Na blogu miało nie być prywaty, ale postanowiłam uprzedzić czytelników, że przerwa która trwa od poprzedniego wpisu i potrwa pewnie do świąt jest spowodowana gorączką przedślubną. Czyli żadne tam lenistwo czy też dowód, że obietnice na w miarę częste posty były gołosłowne. Gorączki miało co prawda nie być, ale jednak jest i uniemożliwia pisanie, a nawet dłuższe siedzenie przed komputerem. Poza tym jakoś mi się nie pisze o Sarajewie podczas gdy jestem w Warszawie. Napawam się swoim miastem, starymi dobrymi znajomymi i miejscami oraz odpoczywam troszkę od Bałkanów.

A zatem do zobaczenia, drodzy czytelnicy, za dwa tygodnie!

Na deser przestroga dla wszystkich dziewcząt, którym Bośniacy zawrócili w głowach – od jednej takiej co tekstu piosenki nie posłuchała: