środa, 8 września 2010

Miesiąc gorącego somuna i święto, którego nie obchodzę, ale które mnie jednak trochę obchodzi




Stuknęły dwa lata od przeprowadzki da Sarajewa. Rozpoczynamy trzeci rok sarajewskiej komedio-melo-dramy z akcentem na serial o charakterze obyczajowym.

Blog jak widać nadal niesystematyczny, ale przestałam się tym przejmować, statystyki mówią, że odwiedza mnie zawsze podobna liczba osób, więc uznaję, że i wy się również przyzwyczailiście. Lato minęło szybko, zbyt szybko i w tym roku prawie w połowie poza Sarajewem. Jedyne co było to albo deszcze, albo nieznośne upały, odwiedziny wiernych fanek miasta i Babilonu oraz festiwal filmowy, z okazji którego Morgan Freeman oprócz tego, że przeszedł się po czerwonym dywanie, to jeszcze zjadł ćevapa na baščaršiji!

Z rzeczy bardziej aktualnych to kończy się miesiąc postu ramadan. W tym roku, w odróżnieniu do poprzedniego, nie musiałam ukrywać się z drugim śniadaniem na tarasie i po kątach, na stojąco łykać popołudniową kawę. Nie musiałam poddawać codziennie (codziennie!) pomysłów co przygotować na iftar (pierwszy posiłek po zachodzie słońca), a następnego dnia słuchać co się jadło i jakie to było dobre. Nie słuchałam też przez 30 dni  komu się zrobiło słabo w tramwaju, kto się odwodnił, a kto zaspał na sehur (posiłek przed wschodem słońca) i komu zostało ile do menstruacji podczas której dobry bóg nie karze pościć.
W zeszłym roku,  koleżanki naprawdę pozwoliły mi poczuć na własnej skórze trud oraz radość płynące z miesiąca postu, ale pamiętam, że koniec ramadanu doczekałam z nieukrywaną ulgą. Tryb kawka-papieroski-ciasteczka bardziej mi odpowiada, nie ma co.
Na dowód tego, że Sarajewo nie jest jednak tak do końca małym Teheranem, jak mawiają niektórzy, w tym roku, po zmianie miejsca pracy, okazało się,  że nikt nie pości, więc przypominaliśmy sobie o ramadanie jedynie jedząc fenomenalne somuny (małe cienkie chlebki-placki), które chociaż, można kupić cały, to tylko w świętym miesiącu są godne uwagi. Zawsze gorące, przynoszę je do domu w lekko już zapoconej papierowej torbie, hojnie posypane jakąś dziwną przyprawą w ziarenkach, przypominającą skrzyżowanie kminku i anyżu. Smakują nieziemsko. Miły taki ramadan naznaczony li tylko ciepłym somunem. Pozostałych „atrakcji” pozbawiła mnie  ulubiona koleżanka z pracy, która co prawda miała zamiar pościć, ale jak stwierdziła przy takiej tuszy, a tuszę to ona ma (kto by nie miał jedząc burka na śniadanie!?), to bóg jej wybaczy, bo przecież otyłość to choroba, a chorzy nie poszczą wszak. Reszta w pracy to bezbożnicy albo co gorsza innowiercy.
Na iftarze w tym roku nie byłam, nie licząc jednego publicznego organizowanego w parku przez jakąś turecką organizację charytatywną. Natrafiłam na niego zupełnie przypadkiem, ciągnąc o zmierzchu do jakże kultowego w niektórych kręgach Babilonu, na zasłużone zimne piwo. W parku oprócz jedzenia i picia był występ prawdziwych tureckich derwiszy, który obejrzałam sobie z wielką przyjemnością. I to by było na tyle. Na iftarze domowym byłam w zeszłym roku i oprócz tego, że zaczyna się posiłek od suszonego daktyla, to reszta przypomina wystawny obiad. Nic specjalnego. Od jutra, a właściwie to za dwa dni, po Bajramie, ćevabdžinice na čaršiji znów się zapełnią  gawiedzią i wszystko wróci do normy.
To już mój chyba siódmy bajram w Sarajewie (są dwa w roku) i spędzam go niezmiennie tak samo, czyli najbardziej kameralnie jak się da – sama w domu. Nie wnikając w szczegóły, bośniackiej rodziny nie mam, nie licząc męża, oczywiście. Długa to historia, acz banalna w swojej wymowie, więc pominę ją milczeniem.
Co zaskakujące, za siódmym razem zauważam, że mam już swoje małe rytuały  -bajram jednak nie jest zwykłem dniem wolnym od pracy. Jak zawsze o świcie budzi mnie ezan, co jest zjawiskiem niecodziennym, choć mam meczet pod blokiem. Ale ezan bajramski ma taką moc, że przez zatyczki słychać. Bardzo jest z resztą ładny i podniosły i o ile nie wkradnie mi się w fabułę snu, to jest naprawdę miłym przeżyciem. Przy śniadaniu mam w zwyczaju oglądać świąteczny program, na który składają się transmisje z modlitw oraz różne arabskie programy, które mają dla mnie nieprzeceniony walor edukacyjny. Po tym rytuale już tylko czekać na cygańskie orkiestry pod oknami. Nie wiem jak w innych bośniackich miastach, ale w Sarajewie w pierwszy dzień bajramu pod oknem mamy Gučę lub co najmniej sceny żywcem wycięte z Kusturicy. To również sobie cenię bardzo. Nie cenię natomiast tego, że nie ma na ulicach żywego ducha, większość znajomych albo świętuje, albo korzystając z dłuższego weekendu wyjeżdża z miasta, sklepy są zamknięte, tramwaje jeżdżą rzadko. A wieczorem wielka impreza w mieście o charakterze raczej trubofolkowym. Białe kozaczki, minówki, chłopcy w marynarkach i w butach z czubem i Dara Bubamara śpiewa i jest wesoło ogólnie. Wszyscy ci którzy pościli mogą wreszcie znowu się opijać i grzeszyć jak bóg przykazał. No i nic dziwnego w tym niby nie ma, święto przecież. Niby nie moje, więc beż żadnych sentymentów, że sama siedzę, ale z drugiej strony - nie da się udawać, że go nie ma. Z roku na rok podskórnie i ja zaczynam odliczać dni do bajramu... Robię się podejrzanie konserwatywna na starość, czy co… A już za miesiąc i dziesięć dni kurban bajram! Będzie się zarzynać owce na pamiątkę ofiary Abrahama i dzielić mięso sąsiadom i znajomym (kolekcja takich mięs leży w zamrażalniku, jakoś nie mam pomysłu na starą baraninę). No a potem to już gwiazdka, a w tą z kolei wszyscy będą zachowywać się jakby jej nie było. 

Moje ulubione bajram retro hity. W drugim klipie godne uwagi stare pocztówki z Bośni.










5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

doczekaliśmy się!

miło

Kasia pisze...

no proszę... a ja byłam w Sarajewie wtedy, kiedy w meczecie prano dywany przed ramadanem... od powrotu mam tego bloga w RSS-ach i z przyjemnością zaglądam:)

Kasia pisze...

PS. A tej Guczy pod oknami i tym podobnych klimatów to zawiszczę serdecznie;)

kobe pisze...

rano właśnie - myślę, że jest sporo takich osób jak ja - co mają Bloga w RSS...

magiana pisze...

cieszę się, że trafiłam na Twojego bloga. bałkany uwielbiam i troszkę Ci ich zazdroszczę... poczytam więcej. pozdrawiam