środa, 15 października 2008

Łzy, wspomnienia, zapach krwi i piękne słońce - krótkie sprawozdanie z jednego dnia pracy



Minął już miesiąc odkąd pracuje w ramach programu EVS w jednej z bośniackich pozarządowych organizacji Research and Documentation Centre. Początki były trochę trudne, ale z dnia na dzień jest coraz lepiej. Poznałam ludzi, zapamiętałam już co kto robi, ale przede wszystkim zrewidowałam swoje wyobrażenia o własnym wkładzie, a także przyzwyczaiłam się do bośniackiego trybu pracy – niespiesznego, ale i nieprzewidywalnego. Uczestniczę w trzech ciekawych projektach badawczych, a oprócz tego staram się tez wychodzić poza nie i łapać jak najwięcej doświadczeń.


W poprzedni wtorek, z okazji szesnastej rocznicy eksterminacji Boszniaków w obozie koncentracyjnym Sušica w miejscowości Vlasenica (wschodnia część Bośni, obecnie na terytorium Republiki Serbskiej) szef naszej organizacji miał prezentacje dotycząca zbrodni popełnionych na tym terenie. W ramach asysty załapałam się i ja, nie wiedząc kompletnie co mnie czeka. Podroż trwała około dwóch godzin. Pogoda była wspaniała i górzysta Bośnia pokazała swoje naturalne piękno w całej okazałości. Zazwyczaj mnie nie wzruszają widoki, ale kolory drzew, niebo i kręte drogi zrobiły na mnie wrażenie. Cóż, to była jedyna pozytywna część dnia. Przyjechaliśmy do obozu i tutaj nastąpił pierwszy szok. Przywitała nas tam grupa około pięciu osób z czego trzech mężczyzn to byli więźniowie obozu. Zanim jeszcze zaczęli mówić, samo miejsce zaparło mi dech w piersiach. Baraki nie zmieniły się prawie w ogóle od czasu kiedy przebywali w nich mieszkańcy Vlasenicy. Na ścianach największego z nich, gdzie miała odbyć się cała uroczystość, około dwa metry od podłogi zauważyłam dziwne wgłębienia, ciągnęły się gęsto wokół całego pomieszczenia. Jeden z byłych więźniów wyjaśnił, ze w miejscu każdego z wgłębień znajdowała się krew, która po wojnie została pobrana do analizy DNA. W tym ogromnym hangarze ściany ociekały krwią. Nie wiem czy sobie to wymyśliłam, ale wydawało mi się, ze jeszcze czuje jej zapach.

W czasie gdy szef zajmował się sprzętem i rozmawiał z gospodarzami obeszłam obóz. Oprócz hangaru na terenie ogrodzonym wysokim na metr drutem kolczastym były jeszcze trzy mniejsze baraki, w środku podzielone na pokoje. Ponoć odbywały się tam przesłuchania, – czyli wielogodzinne wymyślne tortury i gwałty. Przez ten obóz przeszło oko ośmiu tysięcy ludzi: cywilów, w tym wiele kobiet i małych dzieci. W mojej wędrówce towarzyszyły mi psy i niski, wychudzony mężczyzna, który wydawał z siebie nieartykułowane dźwięki. Jak się później okazało wałęsające się psy w takich miejscach są oznaką tego, ze w pobliżu znajdują się masowe groby. Natrafiłam pod jednym z baraków na fragmenty kości czaszki... Chce usilnie wierzyć w to, ze te kości były zwierzęce i że psy przywlokły je na to miejsce. Wstrząśnięta powoli wracałam do głównego hangaru, wciąż w towarzystwie człowieka, którego kompletnie nie mogłam zrozumieć. Uśmiechałam się tylko a on opowiadał coś, pokazywał, śmiał się i płakał, podskakiwał i się kulił. Podejrzewałam, ze jest po prostu niepełnosprawny umysłowo. Niestety prawda okazała się dużo okrutniejsza. Ten człowiek stracił w obozie ukochanego syna i innych członków rodziny. Postradał zmysły. Jeszcze ciarki przechodzą mi po plecach, a łzy napływają do oczu. Nigdy w życiu nie stanęłam twarzą w twarz z tak namacalnym szaleństwem naznaczonym rozpacza. A to był dopiero początek, bo przecież właściwa ceremonia jeszcze się nie rozpoczęła.

Powoli nadchodziła kolumna ludzi, którzy wcześniej modlili się w meczecie w centrum miasta. Przybyło około 200 osób, byli to mieszkańcy Vlasenicy, byli więźniowie, rodziny tych którzy zginęli oraz członkinie organizacji „Žene u crnom“ z Belgradu. Gdy wchodzili na teren obozu lokalna grupa teatralna rozpoczęła swój performance. Aktorki ubrane na biało zaczęły jednocześnie czytać świadectwa byłych więźniów i więźniarek. Uczestnicy marszu przystawali i słuchali historii, które przechodzą ludzkie pojecie. Padały nazwiska oprawców (większość do dziś na wolności) i opisy poniżających tortur, gwałtów i morderstw. Łzy które po ciuchu płynęły po twarzach kobiet przekształciły się w ogólne szlochy, płacze i zawodzenie. Kiedy płacze wokół ciebie tyle osób, musisz i sam zapłakać.

Jedna z kobiet, od początku blada jak ściana, osunęła się na ziemię. Powstał chaos. Wydostałam się z tłumu i przeszłam do hangaru. Rozpoczynało się wygłaszanie oficjalnych mów, szef prezentował wyniki badan naszego centrum dotyczące zbrodni wojennych we Vlasenicy. Najbardziej wzruszyła mnie przedstawicielka wspomnianego już stowarzyszenia „Kobiety w czerni“ z Belgradu. To naprawdę bardzo ciekawa i ważna inicjatywa obywatelska. Tworzą ja serbskie kobiety, które nie zgadzają się na oficjalna politykę Serbii, (bo nadal mimo wszystko chroni zbrodniarzy, nie dajcie się zwieść spektakularnemu aresztowaniu Karadžicia), które otwarcie mówią o zbrodniach popełnionych przez reżim Miloševicia, które wyszły (a to jest sztuka na Bałkanach) poza przeklęty krąg nacjonalizmów, który czuja się odpowiedzialne za to, co się tutaj stało i swoja praca pokazują dobre, uczciwe oblicze Serbii, tak rzadko dochodzące do głosu. Ujęło mnie najbardziej to, ze te kobiety przyjechały z serbskiej stolicy do zapyziałego mateczka we wschodniej Bośni, aby zapłakać razem z mieszkańcami nad losem tych, którzy przeszli przez to piekło.

Chyba uderzyłam w patetyczny ton, ale wierzcie mi, inny do tego, co przeżyłam nie pasuje. I jeszcze dwie refleksje na koniec. Po pierwsze: co innego jest widzieć obóz koncentracyjny, który jest przekształcony w muzeum, a co innego widzieć go w stanie surowym. Po drugie miałam okazje zobaczyć, ze szesnaście lat od tragedii to tyle, co mrugniecie okiem. Teraz, gdy większość ludzi powróciła, a domy powoli się odbudowały, przyszedł czas na przeżycie tego, co się stało i na konfrontacje z przeszłością, przez którą,choć jest bardzo bolesnym procesem, trzeba przejść, aby moc ruszyć dalej. Praca w RDC to doskonałąaokazja do obserwacji tego zjawiska.




Mniej więcej tak to wyglądało:



















2 komentarze:

Anonimowy pisze...

no to pospałem...wieczór zacząłem od "Jakbyś kamień jadła", potem na stronie Czarnego chwalili amerykańską recenzję Tochmana, przeczytałem; przeczytałem, obracałem w głowie wte i wewte, odmieniałem przez wszystkie przypadki słowa: "Once domi­nated by Muslims, it has become a haunted place. Even if it is now a part of Serbian Bosnia, few Serbs feel comfortable there, Tochman writes. “They say: ‘This isn’t our home. This is a Muslim town, a town of death and bloodshed. And voices that come from God knows where. Whispers, screams, wailing.’"
Przestawiałem w szeregu poszczególne części, ale nic nie dało się zrobić, po prostu znowu zbiło mnie z pantałyku. Potem, Krysiu, odpaliłem bloga i poraziło mnie. Vlasenica, szalony ze smutku "przewodnik", no i to zdanie: "Kiedy płacze wokół ciebie tyle osób, musisz i sam zapłakać." Na dzisiaj wymiękam, sięgam po Dzieci z Bulerbyn. Miłosz, ps. jeśli opis tak działa, co począć, będąc tam na miejscu? do znieczulicy daleka droga...

mezalians pisze...

W końcu znalazłem czas, żeby otworzyć link do twojego bloga. Oj, było warto. Jeśli reszta, jest równie mocna, to z lekturą kolejnego posta będę musiał chwilę poczekać.

Na lżejszą, lecz mniej poruszającą lekturę zapraszam na mojego bloga.
"PrawieEuropa" - mój blog z Gruzji,
http://mezalians.wordpress.com

Piotr