wtorek, 16 września 2008

Mahala vs. mrówkowiec



Podczas wszelkich podróży, tych najmniejszych tuż za miasto, jak i tych dalszych i dłuższych, najciekawsze są dla mnie małe, na pierwszy rzut oka niezauważalne i nieistotne różnice. Fascynują mnie detale, drobne odstępstwa w zachowaniach ludzi, rzeczy na pozór takie same, a jednak inne niż te, z którymi mam do czynienia na co dzień. Tego wszystkiego nie sposób dostrzec będąc jedynie przejazdem, w natłoku miejsc i wrażeń, które zapełniają napięty zazwyczaj plany podróży. Podczas mojego pomieszkiwania w Bośni, czyli przez ostatni rok, przystanęłam na chwilę, powracałam wielokrotnie do tych samych miejsc i dzięki temu nazbierałam w głowie wiele takich szczegółów. Niestety są one ulotne i szybko zacierają się w natłoku doznań. Ale mam nadzieję, że wreszcie nadszedł czas, aby zacząć je zatrzymywać. Zwykłe codzienne życie jest ku temu najlepszą okazją.
Pewne bardzo barwne okoliczności o zabarwieniu melodramatyczno-sensacyjnym (o których przyjaciele i znajomi królika już dawno wiedzą, a o których reszta czytelników dowie się pewnie już wkrótce) sprawiły, że zamieszkałam z K. bardzo szybko. Z braku czasu i pieniędzy wynajęliśmy mieszkanie już z pierwszego ogłoszenia, pod które zadzwoniliśmy. Przede wszystkim bo było tanie i było w centrum. Na tym jednak jego plusy się skończyły. Mieszkanie okazało się przybudówką bardzo starego domu, który stał na samym końcu ulicy tak stromej, że wolałam, wspinając się na nią, nie patrzeć w górę. Siedem minut od Baščaršiji* okazało się na początku nie lada wyzwaniem. Wielokrotnie zastanawiałam się, brnąc po zamarzniętych kocich łbach pod górę, nad losem matek z małymi dziećmi w wózkach, staruszków, niepełnosprawnych, nie wspominając miłośniczek obcasów. Cóż, mahale* wraz z ich starą orientalną zabudową, czerwonymi dachami i światełkami migocącymi nocą, obserwowane z perspektywy kawiarń w dolinie wyglądały malowniczo i pociągająco. Zupełnie inaczej zaś, gdy po ośmiu godzinach pracy trzeba było się wspinać, niosąc do tego np. kilogram ziemniaków i 2 litry soku oraz inne podstawowe sprawunki. Dodam tylko, że nad naszą ulicą jeszcze długo, długo ciągnęły się zabudowania. Życie na wzgórzach to oczywiście kwestia przyzwyczajenia, podejścia i sposobu (oraz jak się domyślam wyrabianej przez lata kondycji). Zdziwiłam się jak bardzo pomaga, podpatrzony u sąsiadów, miarowy, powolny krok, na który wcześniej nie miałam cierpliwości. Niemniej jednak mahala nie była miejscem, w którym czułam się swobodnie. Gdy po raz kolejny wychodząc z domu zobaczyłam ruszającą się firankę, a ezan* wydobywający się z kilkunastu głośników okolicznych meczetów budził mnie ze snu co świt, zdecydowałam, że gdy sprowadzę się na stałe do Sarajewa, zamieszkamy jednak gdzie indziej. Orientalne centrum Miasta, w którym zdecydowanie dominuje kultura Islamu, jest piękne, fascynujące, pociągające, ale nigdy nie będzie dla mnie do końca oswojone, nie stanie się dla mnie naturalną przestrzenią do życia. Ja po prostu tam nie pasuję, czuję się jak wieczny turysta, a czasem jak intruz. Na szczęście Sarajewo ma jeszcze wiele innych stron i zmiana atmosfery nie wymaga wysiłku.
Kierowani taki oto motywami, które K. podzielił ze mną (choć zapewne z innych przyczyn), zamieszkaliśmy w bloku. Gdy usłyszałam, będąc jeszcze w Warszawie, że blok ma dwadzieścia jeden pięter, ujrzałam oczami wyobraźni małą duszną klitkę, z kuchnią bez okna, w której grasują karaluchy. Nic bardziej mylnego. Jugosłowiański socjalizm z ludzką twarzą sprawił, że wieżowce, z zewnątrz zaniedbane i do tego noszące widoczne ślady wojny, w środku zaskakują. Na piętrze jest jedynie kilka, a nie jak to w Polsce kilkanaście, mieszkań. My mieszkamy w najmniejszym wariancie. Dwa pokoje z kuchnią. Ale to nie są małe pokoje, a w kuchni mieści się stół dla czteroosobowej rodziny, mamy dwa balkony (to bardzo przydatne! Gdy się posprzeczamy, każde wychodzi palić na swój balkon…), w łazience możemy myć zęby stojąc obok siebie, co w moim warszawskim mieszkaniu było niewykonalne. Ale do czego zmierzam, chwaląc się może niepotrzebnie tymi luksusami małej stabilizacji. Otóż przed naszym blokiem stoi budka. W budce siedzi policjant. I to bynajmniej nie jest jakiś bośniacki standard. Po prostu w naszym mrówkowcu mieszka… prezydent BiH. A dokładniej jeden z trzech prezydentów* – Željko Komšić. Zrobiłam wielkie oczy, gdy się o tym dowiedziałam. Przede wszystkim dlaczego? Czy go nie stać na inne lokum? Czy miał możliwość przeprowadzenia się, ale nie chciał? Lub może nie zrobił tego, aby zachować image polityka, który żyje blisko ludzi, a może chodziło o zwykły sentyment i zadowolenie z mieszkania (ja jestem w stanie w to uwierzyć, choć wiem, że wielu to się jednak w głowie nie mieści)? Chyba każdy z tych wariantów jest po trosze prawdziwy… Ale nie omieszkam go zapytać, gdy go spotkam w windzie!

* Baščaršija – dokładnie znaczy „główny targ”, ale dzisiaj oznacza orientalną dzielnicę Sarajewa, pełną meczetów, tradycyjnych kawiarni i małych sklepików (głównie nastawionych na turystów). Można się tam poczuć niczym w Stambule.
* Ezan – wezwanie na modlitwę, które pięć razy dziennie wykonuje muezin z minaretu (strzelistej wieży meczetu).
* Mahala – dzielnica. Karahasan we wspomnianym już eseju pisał, że w Sarajewie były cztery mahale, na wzgórzach otaczających Baščaršiję: muzułmańska, katolicka, prawosławna i żydowska. I choć rzeczywiście taki podział istniał, to bynajmniej nie był on tak sztywny i jednoznaczny. Z biegiem czasu mahale stały się typowymi muzułmańskimi, tradycyjnymi dzielnicami o mentalności małych wsi, gdzie wszyscy się dobrze znają. Odczułam to piotrosze na własnej skórze.
* Prezydium BiH – Bośnia jest z pewnością najbardziej skomplikowanym politycznie państwem w Europie. Naprawdę ciężko jest rozeznać się w strukturach władzy. Tutaj wspomnę tylko o Prezydium BiH, które tworzą przedstawiciele trzech narodów zamieszkujących Bośnię: Boszniaków (bardzo upraszczając: bośniackich Muzułmanów), Chorwatów i Serbów. Zmieniają się co osiem miesiący w ciągu jednej czteroletniej kadencji.



6 komentarzy:

kociokwik pisze...

A zdjęcia będą? Ze wszędąt? I premiera w windzie?

ewawr pisze...

no właśnie, zdjęcia! pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na kolejne posty.

kry pisze...

Taki był plan, że zdjęcia będą do każdego posta. Kiedyś robiłam ich mnóstwo, ale zostały na starym komputerze. Teraz muszę znów z aparatem latać po mieście i każdego dnia mówię sobie: "Od jutra!". A zatem - od jutra ;)

Anonimowy pisze...

Komszić w Twoim bloku, ale jaja! Cykle prezydentury są cztero- czy ośmiomiesięczne? a czy Ty nie mieszkasz czasem gdzieś w okolicy Hrasna? tam gdzieś widziałem budkę z policjantem przy wejściu do wieżowca, po dziś dzień nie miałem pojęcia po co ta budka, a tu się okazuje, że Komszić, a może to był blok Radmanovicia, albo Silajdzicia..świetnie mi się czyta Twój blog i w ogóle jestem tym podjarany, hehe, uściski znad Bałtyku, miłosz
ps. jak masz już dość mitografii Karahasana, może nie sięgaj na razie po Izvjestaje, jest tam np. kawałek, w którym uznaje, że wiek XX zaczął i skończył się w Sarajewie - piękna wizja, ale jednak ździebko "dyskutabilna"

kry pisze...

Milosz, masz racje! Prezydenci zmieniaja sie co osiem miesiecy. Juz poprawilam :)Ktos mi kiedys powiedzial, ze robili to co cztery miesiace po dwa razy i to mnie zwiodlo... I tak, mieszkam wlasnie na Hrasnom (po polsku Hrasnym?). Co do Silajdzica i Radmanovicia to nie wiem gdzie mieszkaja, ale cos watpie, zeby w bloku... Pozdrawiam!

Anonimowy pisze...

Kry, świetnie piszesz, bardzo mi się podoba blog, aż zazdrość mnie ściska, że to nie ja to piszę :) i teraz ja siedzę w domu :/ ściskam; Joj