sobota, 15 maja 2010

Ogłoszenia parafialne


I znowu mnie nie było. Za długo. Wyłączyłam się z codziennego obiegu, wyizolowałam i w realu ,i w wirtualu. Miewam takie okresy. Ale jak się okazuje czasu nie zmarnowałam. To naprawdę banalne, ale przyszła wiosna i wraz z lepszą aurą przyniosła i lepszą karmę. Przez ostatnie miesiące coś tam pisałam, coś tam tłumaczyłam, pracowałam przy ciekawym festiwalu (Modul Memorije 2010), obejrzałam około 50 filmów z czego większość naprawdę dobrych. Usilnie szukałam pracy i zmagałam się z bośniacką transformacyjną beznadzieją. Zrozumiałam co znaczy frazes "brak perspektyw". No i chyba jeszcze nigdy nie czułam się tak bardzo cudzoziemcem - obcym.
Ale koniec końców wyszłam na prostą. Znalazłam pracę z którą wiążę nadzieje, napisałam reportaż, który dostał nagrodę, przetłumaczyłam wybór wierszy i zrobiłam długi wywiad z autorką (chodzi  o mojego sarajewskiego dobrego ducha Marinę Trumić, której mam zamiar poświecić następny post  a wywiad i wiersze można będzie przeczytać w 4 numerze czasopisma (sic!)), który ukaże się już niebawem. Ale wszystko po kolei. Przede wszystkim chwalę się TYM.
Czasopismo "Korespondencja z ojcem" można kupić w empikach w całym kraju. Na zachętę zamieszczam pierwsze akapity, które w końcu weszły okrojone do ostatecznej wersji tekstu... 
Oprócz tego w czasopiśmie powinny zacząć ukazywać się już wkrótce moje przekłady współczesnych młodych, mało znanych, ale przyszłościowych poetówi i pisarzy bośniacko-hercegowińskich.

***
 
Pępek Europy zaszyty od wewnątrz


Zamach na arcyksięcia Ferdynanda i wybuch pierwszej wojny światowej, Jugosławia, zimowa olimpiada 1984 i sympatyczny wilczek lecący na nartach, Tito i partyzanci, wojna bośniackich Serbów z bośniackimi muzułmanami z bośniackimi Chorwatami, z bóg wie kim jeszcze i dlaczego, bałkański kocioł, nie wiadomo o co chodzi… i to krwawe kilkuletnie oblężenie miasta, ludobójstwo w centrum Europy, które przecież po drugiej wojnie światowej nie miało prawa się wydarzyć. Śpiew muezinów łączy się z dźwiękiem dzwonów, w pamięci migoczą krwawe sceny rozpoczynające w latach dziewięćdziesiątych każde główne wydanie dziennika… to gdzieś daleko, głęboko, niby Europa, ale przecież muzułmanie, Słowianie, wymieszani, nie wiadomo…
Tak mniej więcej wygląda proces myślowy przeciętnego Europejczyka w średnim wieku, który słyszy hasło: Sarajewo. Ci bardziej zorientowani przypomną sobie, że miasto leżące w sercu dzikich, nigdy nie zrozumianych do końca i kipiących od stereotypów Bałkanów, nazywane było Małą Jerozolimą – dlaczego akurat tak – tego już dobrze nie pamiętają, pewnie chodzi o to, że muzułmanie, Żydzi i chrześcijanie...
A wschodnio-środkowo-europejczycy: Polacy, Czesi, Węgrzy przypomną sobie Jugosławię, ciepły szafirowy Adriatyk, powiew „prawie-że-zachodniego” luksusu, zazdrość o czerwone paszporty - przepustki na upragniony Zachód, odnajdą też w pamięci przychylność mieszkańców, których język łatwo było zrozumieć, a z niechęcią będą wspominać wielkie płócienne kraciaste torby, w których taszczyli na wczasy to co mieli w nadmiarze i mogli sprzedać, aby potem kupić to czego na co dzień im brakowało. Sarajewo to dla nich miasto w byłej Jugosławii i tak jak dla wszystkich symbol ostatniej wojny.
Co myślą młodsi, ci którzy nie pamiętają świata podzielonego żelazną kurtyną, którzy na wakacje jeżdżą do Costa del Sol i Szarm el Szeikh? Pewnie też skojarzą Sarajewo z wojną, przed oczami wyobraźni mignie im burza siwych włosów Radovana Karadżicia, którego proces trwa w Hadze. Młodzi Polacy przypomną sobie może parę numerów z popularnego w Polsce albumu Jugoton, skojarzą Gorana Bregovicia, może Emira Kusturicę.
A tych którzy zamiast na greckie wyspy czy hiszpańską riwierę wybiorą się podczas wakacyjnej włóczęgi do Sarajewa, miasto oczaruje – jestem pewna, mnie przecież totalnie oślepiło, a nie znam nikogo kto po pierwszej wizycie nie zachwyciłby się nim.
Ściśnięta starówka w osmańskim stylu, pełna małych sklepików z bibelotami, szmatkami, wszelakim rękodziełem, kutymi mosiężnymi i miedzianymi naczyniami, starociami, antykami i tanim badziewiem z Turcji, które można kupić wszędzie. Dym unosi się z kominów, w co drugiej knajpce wielki ruszt, na którym smaży się mięso, tłuszcz cieknie, pachnie, skwierczy. Tylko jeden warunek - żadnej wieprzowiny! Pełno tu kawiarni, meczetów, kilkunastocentymetrowe szpilki i mini spódniczki przeplatają się z kolorowymi hidżabami. Tłum sunie  nieśpiesznie po białych gładkich śliskich kamieniach.. Nawet w sezonie na Baszczarszii większość to miejscowi, prawdziwy rarytas dla backpakersów.
Sarajewianie w starej części miasta mają swoje sprawy, spotykają się, spacerują, jedzą, kupują, modlą się, chłopcy komentują wystawiające się na pokaz dziewczyny, koty wygrzewają się na słońcu, umorusane cygańskie dzieci proszą o drobne. A wokół roztaczają się wzgórza, w nocy migoczą tysiące świateł domów i latarni, otulają dolinę, przyciągają wzrok.
W austro-węgierskiej części pełno sklepów: trochę międzynarodowych sieciówek, trochę lokalnych firm, niektóre wystawy wystroju nie zmieniły chyba od lat siedemdziesiątych. Mnóstwo nowoczesnych kawiarni, ulica Marszałka Tity tętni życiem, a tłum taki sam- powolny, leniwy, trochę tandetny, trochę tradycyjny, wiejsko-miejski.
Oprócz dziesiątków meczetów, w centrum kościół katolicki – katedra nawet, w południe słychać dźwięk dzwonów, ale na mszy tłumów nie raczej nie ma. Niedaleko żydowska świątynia, zawsze zamknięta, choć w katalogach turystycznych i spotach promujących Bośnię i Hercegowinę obowiązkowo się o niej wspomina, tak samo jak o wielkiej prawosławnej cerkwi, która odnowiona z zewnątrz, świeci pustkami w środku.
Na pierwszy rzut oka Sarajewo to spełnienie snu o prawdziwym multikulturalizmie – wielkie religie monoteistyczne od wieków współistnieją w pokoju i zgodzie czerpiąc z siebie nawzajem. Niestety taki obraz wydaje się być ułudą i każdy kto w mieście zatrzyma się na dłużej, kto uważnie słucha jego mieszkańców szybko zorientuje się, że lokalny multikulturalizm ma charakter fasadowy i jest po prostu jednym z mitów, tak samo jak to, że z powodu Sarajewa wybuchła pierwsza wojna światowa. Tu wszystko ma drugie dno i nic nie jest takie jakie wydaje się być na pierwszy rzut oka.
Wejść w tkankę tego mitu, przegryźć ją od wewnątrz nie jest łatwo. Czym dłużej tu jesteś, czym więcej czytasz, słuchasz, pytasz – tym mniej rozumiesz. Każdy ma swoją prawdę, każdy ma swoją wizję. W Bośni zapomnij o obiektywizmie i pogódź się z tym, że nie wiesz, nie rozumiesz do końca, ale mimo to będziesz próbował. Pytaj, obserwuj, myśl, tę układankę można jakoś poskładać.

Rozmawiam z różnymi ludźmi. Serbowie, Chorwaci, Bośniacy – obywatele Bośni i Hercegowiny i Boszniacy – bośniaccy muzułmanie. Wszyscy są młodzi, wszyscy mieszkają w Sarajewie, wszyscy postanowili przekonać mnie do swoich racji i zapewnić, że przedstawiany przez nich obraz Sarajewa to ten prawdziwy. 

(c.d. w 17. numerze Korespondencji z ojcem)

6 komentarzy:

Agnieszka S. pisze...

Mmm... Zapowiada się interesująco. Zgadzam się - im dłużej tu jesteś, tym mniej rozumiesz ;)A według miejscowych - nie zrozumiesz nigdy. Ja nie miałam szczęścia do moich lokalnych rozmówców. Nikt nie bierze mnie na poważnie i próby głębszej rozmowy kończą się fiaskiem. Ciekawe, jak te rozmowy wyglądały u Ciebie. P.S. Myślę, że problemy Bośniaków biorą się właśnie m.in. stąd, że oni sami nie umieją o nich poważnie rozmawiać, nie mówiąc o podejmowaniu jakichś działań. Czekam na internetowe wydanie 17 nr-u "Korespondencji z ojcem"..

kry pisze...

A widzisz,ja mam odwrotne doświadczenia - nie pytam na ogół, a wszyscy próbują mi wyjaśnić "jak to tak naprawdę" jest i czasami mam wrażenie, że każdy chce mnie za wszelką "przeciągnąć na swoją stronę". Może to kwestia szczęścia, albo środowiska w jakim się obracamy, nie wiem sama.

A jeśli chodzi o reportaż to ludzie podchodzili na początku z rezerwą, ale udało mi się ich przekonać do spotkania,potem już poszło gładko. Wszyscy byli na początku trochę nieufni, ale na końcu nikt nie chciał, żeby zmienić mu imię, więc chyba poczuli, że nie wsadzę im w usta tego czego nie powiedzieli, co uważam za największy sukces całego tego przedsięwzięcia.

południk 98.6 pisze...

dopiero dziś wróciłam na Twojego bloga.. bo wcześniej zaglądałam, ale nic nie było :P świetny tekst, ja bym powiedziała może aż zbyt przesadnie, że Sarajewo, to pewien stan.. A czytając Twój tekst chce się wracać.. Mam nadzieję, że jeszcze gdzieś dostanę gazetę z Twoim tekstem, pozdrawiam już z poznania magda

Kasia pisze...

byłam w Sarajewie... za krótko - liźnięcie tylko, ale to miasto robi wrażenie... może dlatego, że pamiętam tę wojnę relacjonowaną w tv i pamiętam jeszcze olimpiadę. ale multikulturowością i nie tylko urzekł mnie Mostar:)

kry pisze...

Południk 98.6? Ten projekt brzmi interesująco! Kiedy ruszacie z emisjami? Bardzo chętnie dodam blog do linków i posłucham w sieci.

Kasia --> o Mostarze to można wszystko powiedzieć (w szczególności to że jest ładny), ale multikulturowy to chyba tylko na zdjęciach. W rzeczywistości to są dwa getta, które dzieli rzeka. Trochę pisałam o tym w poście: http://mojesarajevo.blogspot.com/2009/11/pod-jednym-dachem.html

Dziękuję za komentarze i za to, że mnie odwiedzacie mimo znowu zbyt długiej przerwy! Za parę dni wracam z urlopu i pewnie coś zamieszczę.

pozdrawiam,
kry

magiana pisze...

pieknie napisane, aż mi się łezka zakręcila, bo tak się właśnie poczułam, będąc na (zbyt) krótko pierwszy raz w sarajevie. mam nadzieję, że nie ostatni, bo mimo rozkopanych ulic, zachwycilam się tym miastem.
i tylko żal mi było patrzeć na ludzi - na wielu twarzach smutek, ale mam nadzieję, że to się zmienia